Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pogórze Strzyżowskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pogórze Strzyżowskie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 sierpnia 2025

O dziewięśćsetletniej lipie na Chełmie

Kapliczka z Chełmu w 1989 i 2025 roku

Franciszek Kotula lubił po wielokroć wracać w odwiedzane wcześniej miejsca, aby sprawdzić koncepcje, które „w międzyczasie” wpadły mu do głowy. Tak i mi zdarzyła się okazja, aby nawiedzić z bieszczadzkimi towarzyszami legendarną Górę Chełm nad Jaszczurową, którą po raz pierwszy dotknąłem stopą 1989 roku.

sobota, 6 stycznia 2024

Ogródek miczurinowski w Czudcu

Kolega Witek wrzucił mi ostatnio temat bawełny w Czudcu, opisany w notce publikowanej w Wierchach. 300 krzewów dochodzących do metrowej wysokości, odpornych na zimno było lokalną atrakcją przyciągającą turystów w latach 50-tych ubiegłego wieku.

wtorek, 9 sierpnia 2022

Wapienie z Niechobrza i czudecki wapiennik

W 1932 roku Józef Gołąb (1904-1968) polski geolog i hydrogeolog, w swojej pracy „Przyczynki do znajomości geologji okolic Niechobrza" odnotował: Niechobrz, wieś leżąca 18 km w kierunku SW od Rzeszowa w dolinie potoku tej samej nazwy, z dawna znana była z występowania utworów mioceńskich w postaci iłów i piasków, a przede wszystkiem wapieni, używanych od dawna do wypalania wapna. Świadczą o tem liczne prymitywne wapienniki, rozrzucone po całej okolicy, a skupione w miejscach, gdzie wapień występujący na powierzchni, najłatwiejszy był do odbudowy

piątek, 17 stycznia 2020

Dwa ogrody i jeden majątek w Czudcu

Dyplom pochwalny dla Karola Ferdynanda Nitsche (1802–1860) właściciela majątku czudeckiego w poł. XIX wieku
za jałownik pochodzący z krzyżowania rasy holenderskiej i berneńskiej z wystawy w Jaśle w 1858 roku
Co jakiś czas wrócić trzeba do rodzinnego gniazda, aby nie stracić kontaktu z rzeczywistością. Dziś popatrzmy na austriacką mapę katastralną miejscowości Czudec i zapoznajmy się z wrażeniami z, jakbyśmy dziś powiedzieli, wizyty studyjnej do Czudca z początku XX wieku.

niedziela, 30 czerwca 2019

Między Siedliskami a Smarżową

Kaplica z 1860 r. ufundowana przez Ludwikę z Boguszów Gorayską na miejscu,
gdzie w czasie rabacji pochowano ciała 23 ofiar rzezi. Obok "nagrobek z widłami"
Seweryn Goszczyński pisarz i poeta epoki romantyzmu wędrujący przez Pogórze ku wysokim górom w 1832 roku, dwadzieścia lata później w 1853 roku wydał „Dziennik podróży do Tatrów”, w którym scharakteryzował lud tarnowski przypisując mu wiele negatywnych cech. Krytyka jest tak totalna, iż można mieć podejrzenie, że opisy te powstały nie podczas podróży, lecz już po rabacji galicyjskiej, która na wiele dziesięcioleci zaważyła o stosunku szlachty do polskich włościan.

czwartek, 28 czerwca 2018

Golesz - stare zamczysko

Ostańce piaskowcowe poniżej zamku
Pół mili za Kołaczycami ku południowi na górze skalistej Zamczyskiem zwanej pośród jodłowego lasu stérczą gęstémi krzewy porosłe ruiny upadłego zamku z czasów jeszcze jak się zdaje Łokietka lub Kazimiérza Wielkiego. Nie można dociec ani nazwy ani założyciela jego, ale wszelkie podobieństwo domyślać się każe, że był spółczesnym równie po dziś dzień w gruzach leżącego o trzy mile ztąd oddalonego zamku Odrzykonia, że były niegdyś obadwa obronne i wspaniałe, czego dowodem są jeszcze owe siłą czasu nie tyle zniszczone odrzykońskie ruiny i że według podania niejaki czas w bliskiej familijnej styczności zostawały. W ostatnich czasach był właścicielem Nawsia Achilles Johannotte, jego zajęła wielce owa romantyczno-dzika okolica; założył tu więc miłe przechadzki wraz z domkiem porządnym dla rozrywki i wiele innych przydał ozdób, ale wszystkie te zakłady zniszczały z śmiercią założyciela, imię tylko Johannotte nie poszło w niepamięć, odtąd bowiem zowią to ustronie Żanotówką. Treść do niniejszej powieści podał mi przed pięcią laty podeszły tamtejszy wieśniak.

sobota, 3 lutego 2018

Kafle z czudeckiego zamku w strzyżowskim muzeum

Tablica przy terenie wykopalisk - w terenie widać niewiele, gdyż aby niezabezpieczone ruiny nie erodowały,
są one zasypywane po sezonie
Na Górze Zamkowej w Czudcu od okresu piastowskiego do XVII wieku znajdowało się założenie obronne. Z miejscem tym związane są liczne legendy i opowieści klik>.

środa, 12 października 2016

"Wielki Las" - las idealny czy wyidealizowany?

Rezerwat „Wielki Las” był celom moich młodzieńczych wycieczek na długo przed tym zanim został objęty ochroną. Ładny starodrzew bukowy zachęcał wędrówek przez cały rok.

poniedziałek, 3 października 2016

Olimp to nie jest albo skały z glonów zbudowane

W komentarzu do Atlasu geologicznego Galicyi (Zeszyt XIV 1903 rok) wyczytać możemy: We wsi Wiercany i Olimpów (o ile ta ostatnia leży na obszarze naszej mapy) znajdujemy tylko glinę nawianą; jedynie na zachód od Olimpowa, na północnym stoku wzgórza, na kraju lasu (wzniesienie 300 m.) odsłania się odmienny od poprzednich utwór, t. j. wapień litotamniowy. 

niedziela, 10 stycznia 2016

Hitler, Stalin i kok-sagiz

Prawie rok temu pisałem tutaj o nowowiejskim dworze i rodzinie Wiktorów. Nie tak dawno udało mi się zdobyć i przeczytać doskonały memuar profesora Andrzeja Wiktora - „Życie z przyrodą w tle”. Sięgnąłem po książkę zachęcony bliską mi proweniencją Autora (również pochodzę z Nowej Wsi Czudeckiej tyle, że ja chłop z chłopów jestem , a on pan z panów). Znalazłem natomiast nie tylko bardzo miłe i ciekawe wspomnienia z rodzinnych stron, bliskich również mojemu sercu, ale nader ciekawą literaturę o charakterze przyrodniczo-podróżniczym. Jest to także ciekawy dokument kariery zawodowej naukowca w czasach PRL. Jedyny zarzut, który chciałbym wnieść do tego udanego dzieła to to, że powinno być przynajmniej trzy albo cztero tomowe. Wątki nowogwinejskie i chińskie  nadają się bez wątpienia na osobną książkę. 
Z tegoż tomu pozwalam sobie zamieścić tutaj interesujący dla botanika passus dotyczący realiów okupacyjnych:
Niemcy wymyślali coraz to nowe ograniczenia, nakazy i zakazy. Przykładem były nie tylko różne rekwizycje. Ojcu nakazano np. uprawiać koksagiz. Była to jakaś roślina podobna do mniszka lekarskiego, mająca korzeń bogaty w mleczko. Z tego soku podobno można było robić gumę, surowiec strategiczny, potrzebny Niemcom. Roślina ta pochodzi bodajże z Kaukazu i nasz klimat jej nie służy. Odmowa wykonania polecenia byłaby sabotażem i w najlepszym przypadku groziła za to utrata majątku lub narzucenie administratora niemieckiego. Takim administratorem zwykle bywał jakiś Volksdeutsch, a wiadomo czym to się kończyło. Zawsze znalazła się kanalia, przez Polaków uznawana za zdrajcę, a przez Niemców za człowieka niepewnego. Taki Volksdeutsch, chcąc zdobyć zaufanie swoich mocodawców i uzyskać profity, był nadgorliwy i tym samym bardziej niebezpieczny niż wielu Niemców. Koksagiz rosnąć nie chciał, sezon wegetacji w naszych okolicach był dla niego zbyt krótki. Ojciec, doświadczony rolnik, wpadł na pomysł i wysiał roślinę w prymitywnych inspektach, a później kazał przeflancować na eksperymentalne pole. Koksagiz ładnie się rozwinął i nawet zakwitł, tyle że oberwany przy flancowaniu korzeń palowy już się nie wykształcał, a w jego miejscu pojawiał się rachityczny pęczek korzonków przybyszowych. Roślina rosła, ale na uzyskanie kauczukowego mleczka trudno było liczyć. Wpadające znienacka kontrole z niemieckiego wydziału rolnictwa stwierdziły ewenement koksagiz w Nowej Wsi rośnie. 

niedziela, 10 maja 2015

Gotycka szkoła na wyspie albo do czego służy art. 9ty?

Ciekaw jestem o czym pomyśleliście czytając powyższy tytuł? Może o słynnym powieściowym Hogwarcie szkolącym czarodziejów? W istocie rzecz będzie o tzw. pipidówce - małej wiejskiej szkole zbudowanej w Nowej Wsi Czudeckiej w 1911 roku przez, jak powszechnie mówiono, cesarza Franciszka Józefa I.  Do tej alma mater uczęszczali moi dziadkowie, rodzice, a wreszcie w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku również i ja sam.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Wielkanoc w babickim dworze


Wielkanoc czas życzeń najszczerszych: "Niech światło Chrystusa chwalebnie zmartwychwstałego rozproszy ciemności naszych serc i umysłów". 
Zasiadłem z zamiarem wspominkowego postu, do którego materiał gotowy od dwóch miesięcy, alem zmienił zdanie natrafiwszy na Blog najstarszej blogerki w Polsce.  zatytułowany "Kika - moje pierwsze sto lat". Artystka Piwnicy pod Baranami znana pod pseudonimem Kika, faktycznie nazywała się Irena Szaszkiewicz z domu Jarochowska herbu Przerowa  (ur. 4 marca 1917 - zm. 11 sierpnia 2014). Prowadziła bloga od stycznia 2013 roku praktycznie do dnia śmierci jakkolwiek by to zabrzmiało. Niezwykły człowiek, niezwykły blog, kolejny pogórzański, gdyż co drugi post o podrzeszowskiej Babicy - kraju dzieciństwa Kiki.
"Ja to nie miałam i ciągle nie mam zielonego pojęcia, co to w ogóle jest ten blog. Powiedzieli mi, że założymy coś takiego, gdzie będą moje wspomnienia. To trochę jak z telefonem, założyli mi na ścianie i mówią, że mogę sobie rozmawiać. A jak to działa? Tego nie wiem, tutaj mówisz, a tam leci. No, ale niech im będzie, założymy bloga."
Fotografia z bloga śp. Ireny Szaszkiewicz "Kika - moje pierwsze sto lat"
Poniżej zamieszczam dla zachęty fragment Jej opisu Świąt Wielkanocnych w babickim dworze:
Święta we dworze wyglądały podobnie jak teraz na polskiej wsi, a może i w mieście, tylko były robione z większym rozmachem. Cóż dwór był małą, jakby dziś się powiedziało, firmą, która zatrudniała kilkadziesiąt osób (licząc rodzinę, służbę, wszystkich pracowników). Dla wszystkich trzeba było przygotować dużo specjalnego jadła, wszystko należało wysprzątać i pięknie przyozdobić. Oprócz stałych mieszkańców i rezydentów na święta przyjeżdżali krewni z Krakowa i Lwowa.
Na tydzień przed świętami, jak zwykle zjawiał się u nas umówiony rzeźnik z Czudca. Robił świniobicie, po czym sam wyrabiał kiełbasy, szynki, salceson, pasztet i inne wspaniałe mięsiwa i przetwory. Musiało być tego sporo, bo do stołu świątecznego zasiadało zawsze około dwudziestu osób.
W Wielką Sobotę stawiało się w pokoju jadalnym duży stół na 24 osoby i na nim układało się produkty do święcenia: przyniesione z lodowni wędliny, pasztety, owoce, i oczywiście jaja. Ze spiżarni przynoszono placki (ciasta) oraz babki, chleb i inne pieczywa. Placków było siedem, wszystkie wielkości brytfanki, wśród nich mazurki i przekładańce. Babek było kilka piaskowych i drożdżowych, lukrowanych. Na samym środku stołu kładziono mój najbardziej ulubiony placek serowy (czyli sernik po prostu). Na nim tradycyjnie stawiano dużego baranka z cukru, z roku na rok tego samego. Przed nim stała spora ceramiczna misa z kilkunastoma pisankami. Były wyjątkowo piękne, zdobione na czarnym tle kolorowymi kwiatkami, baziami, ptaszkami, zwierzętami i innymi ilustracjami, starannie wyskrobywanymi rysikami i barwionymi, co podkreślało ich kontrastowe piękno. Była to specyficzna sztuka ludowa babickiej wsi. Niektóre wiejskie domy w Babicy specjalizowały się w tym artystycznym rzemiośle z dumą, od zawsze. Były też owoce, przyprawy (oliwa, ocet, sól i pieprz), wino. Służba stawiała swoje koszyki z własnymi produktami do święcenia. Obok dużego stołu stał drugi mniejszy stolik na koszyki dziecięce. Na osobnym stole stały duże, wysokie na około pół metra, okrągłe jajeczniki z rodzynkami (rodzaj ciasta z wyglądu przypominającego sękacz litewski). Był to tradycyjny prezent dla służby, który bardzo był przez nich ceniony. A ponieważ służby było u nas, wraz z pracownikami folwarcznymi, stajennymi itp., zazwyczaj około 20-25 osób, to tyleż było i jajeczników. Wszystko było przystrojone zielonymi gałązkami bukszpanu i baziami.
Około godziny trzeciej po południu Ojciec posyłał powóz do Czudca po księdza. Ksiądz kanonik Błażej Stopa przyjeżdżał wraz dwoma ministrantami i wszyscy trzej przebierali się w sieni. Następnie starannie kropił przygotowaną uprzednio wodą święconą wszystkie dobra. Po święceniu odmawialiśmy wspólną modlitwę. Brali w niej udział wszyscy domownicy i rezydenci, służba z rodzinami i niektórzy okoliczni, bardziej z nami zaprzyjaźnieni, mieszkańcy wsi. Po tej ważnej ceremonii, księdza zapraszało się na herbatę, z poczęstunkiem, bo odkąd papież zniósł post w sobotę, można było już jeść normalnie. Ojciec jednak, a my za nim, nadal staraliśmy się przestrzegać postu w sobotę. Toteż i ten poczęstunek był raczej skromny.
Następnego dnia, w Święto Zmartwychwstania Pańskiego, całą rodziną jechaliśmy do Czudca o świcie, na mszę poranną, czyli rezurekcję, na godzinę 600. Trwała ona wraz procesją około 2-3 godziny. Ojciec nasz miał tradycyjnie ten zaszczyt, że księdza proboszcza, nieco już wiekowego, prowadził w procesji wspierając pod rękę i podtrzymując wraz z nim wzniesioną, ciężką monstrancję z hostią. Po powrocie do domu zasiadaliśmy do śniadania składając sobie życzenia. Dla dorosłych niepostrzeżenie przechodziło ono w obiad świąteczny. Dla dzieci była to okazja, aby zejść im z oczu i poswawolić.
O tych swawolach poczytajcie już dalej na blogu Kiki - klik

niedziela, 25 stycznia 2015

Beziemni bezeci i bezdomne ślimaki

Warto niekiedy w powrócić w rodzinne strony, przynajmniej na chwilę nostalgicznie przypomnieć dziecięce lata. Opowieści ojcowe jak to późniejszemu profesorowi ichtiologii Józefowi Wiktorowi pasikoniki znosił, które później przynętą na wisłoczne klenie były:-) Te gawędy wywołane były moim pytaniami o dawnych właścicieli nowowiejskiego dworu. Ów straszny wówczas dwór zaciekawienie moje budził i straszył nie tylko walącym się dachem i odrapanymi ścianami, ale również konduitą niektórych mieszkańców.

środa, 24 grudnia 2014

Wigilijne wspomnienia czyli świąteczne tradycje na Pogórzu


Dziś przy wigilijnym stole usiłowałem przypomnieć sobie i dzieciom jak wyglądały niegdyś Święta Bożego Narodzenia. Niby niedawna ta historia, bo zaledwie ćwierć wieku licząca, ale jak wiele się zmieniło w ciągu tego czasu.

piątek, 20 kwietnia 2012

Nycz Czucz Fucz


Tuż przy kościółku św. Marcina w Czudcu zobaczyć można dwie charakterystyczne żeliwne rzeźby nagrobne, wyróżniające się z pośród tego nieco sztucznie stłoczonego lapidarium. Pomiędzy neogotyckim krucyfiksem, a figurą  Zmartwychwstałego uwagę przyciąga ascetyczny kamienny krzyż, świeżo obłożony granitem.  Płyta na postumencie głosi:
Karolina z Nitschów 
Primo voto Wasilewska
Secundo voto Pawlikowska
urodzona w Czudcu 10.11.1834 r. 
zmarła 25.11.1890 r. w Wojkówce
REQIESCAT IN PACE

Kim była ta późniejsza dziedziczka z nowowiejskiego dworu, której pamięć uczczono w ten sposób?

sobota, 18 lutego 2012

Kalwini w Czudcu

Kościół filialny p.w. Świętego Marcina w Czudcu spełniający rolę kaplicy cmentarnej
Jakiś czas temu, w jednej z wiosek przynależnych do czudeckiej parafii Św. Trójcy wybudowano kościół. Przed erygacją nowej parafii pewna "dobrze poinformowana" włościanka złożyła deklarację, iż będzie nadal uczęszczać do macierzystego kościoła, gdyż jest on godniejszy bo... wybudowali go kalwini. Czy w tej "legendzie" jest również ziarnko prawdy?
W źródłach historycznych znaleźć możemy, że kościół parafialny wybudował w latach 1713-1717, katolik i czciciel Maryi Józef Grabieński, ówczesny właściciel Czudca z przyległościami. Nieco wcześniej, bo w latach 1704-1709 wymurowano kościółek św. Marcina, na miejscu starego, drewnianego. Ufundowała go gorliwa propagatorka modlitwy różańcowej Aleksandra Kumanowska. Tak więc ten trop odpada.
A może chodziło o wcześniejszy drewniany kościół pod wezwaniem św. Zofii? Ten z kolei ufundował końcem XV wieku Mikołaj Strzyżowski, tak więc trochę przed wystąpieniami Marcina Lutra i Jan Kalwina.
Coś jednak na rzeczy było, gdyż w dziele Juliana Bukowskiego z 1883 pod tytułem Dzieje reformacyi w Polsce od wejścia jej do Polski aż do jej upadku. T. 1, Początki i terytoryalne rozprzestrzenienie się reformacyi można znaleźć zapis:
RZECZ O KOŚCIELE W CZUDCU.
O tym Czudcu opowiada Węgierski (Slav. reform. p. 137) Jest w dystrykcie ruskim pomiędzy Rzeszowem a Krosnem miasteczko Czudecz, w którem ksiądz katolicki nazwiskiem Ramult, sprzedał kościół i parafią posiadaczowi miasta Brezowskiemu, kasztelanowi bieckiemu, ewangelikowi. Ten wyliczywszy pieniądze, wprowadził kościoła ministra ewangelickiego, Pawła Gilowskiego seniora dystryktu ruskiego, na którego nabożeństwo z ciekawości przybywali mieszkańcy. Jeden z nich Jędrzej Dominik poszedł potem do sąsiedniej wsi Połomyi (Węgierski mylnie pisze po łacinie Poloniom zamiast Połomiam i spowiadał się tam kapłanowi , że był na luterskim kazaniu. Kapłan ten zapytał go się, czy tam co złego słyszał; on odpowiedzią że nie. Na to kapłan: Więc wróć się i ja tam niedługo przybędę. Po takiej zachęcie wrócił się ów penitent i był odtąd gorliwym luteraninem. — Niesiecki jednak komu innemu przypisuje zabranie kościoła. Mówi on bowiem, że Jan Strzyżewski herbu Gozdawa w ziemi sanockiej, który trzymał Czudecz miasto i zamek, zostawił dwóch synów, Stanisława i Jana, którzy kalwińską sektą zarażeni, kościół w tem miasteczku sprofanowali. Dopiero wizyta Padniewskiego, jeszcze przed wspomnianą sprzedażą kościoła w r. 1566 odbyta, pisząc (pag. 170), że patronem w Czuczu (Czudeczu), jest Stanisław Strzeżowski. a plebanem Stanisław Ramult subdyakon , (który musiał być o większą pilność, jak pisze taż wizyta, w pełnieniu obowiązków upominany), w ten sposób dozwala rzecz pogodzić i sprostować, że Węgierski prawdopodobnie w nazwisku się pomylił, nazywając posiadacza Czudca Brezowskim, kiedy to był Strzeżowski Stanisław, któremu Ramult subdyakon (a więc nie ksiądz, jak pisze Węgierski), sprzedał jak Judasz kościół i parafię, który to Strzeżowski sprowadziwszy potem ministra Gilowskiego, słusznie, jak pisze Niesiecki, wraz z bratem Janem, profanatorem kościoła nazwany być może. Nakoniec wizyta Radziwiłowska w 30 lat blisko potem, bo w 1596 r. pisząc: „Przeznaczony tu był kapłan , lecz Mikołaj Strzyżowski i Łukasz Białobrzeski zagrabili uposażenie i kapłana wygnali", w ten sposób może być objaśnioną, że w jakiś czas władza duchowna przeznaczyła do Czudca kapłana, potomek jednak tychże Strzeżowskich, Mikołaj wraz z drugim wspomnianym współdziedzicem, nie dopuścili go do objęcia parafii i uposażenie zagrabili.
Tak więc kalwini w Czudcu byli, tyle że kościoła nie wybudowali, a sprofanowali zamieniając go na zbór i niszcząc uposażenie. Wzmiankowany w źródłach minister ewangelicki Paweł Gilowski (1534-1595) to zresztą persona znana wówczas z licznych dzieł propagujących chrześcijaństwo reformowane takich jak:
Wykład Katechizmu Kościoła Krześcijańskiego o Pism Swiętych dla wiary prawdziwey utwierdzenia y fałszywey się ustrzeżenia napisany a theraz znowu s poprawą y przyczynkiem wypuszczony Przez Pawła Gilowskiego oraz
Traktat albo krotkie okazanie o wierze prawdziwey krześciańskiey, ktora iest, aby sthąd wszelki człowiek poznawszy ią żył thu na świecie w niey, a potym krolował w niebie na wieki, gdyż sprawiedliwy własną wiarą żywie iako Prorok napisał.
Herb Procheńskich - Gryf
Herb Strzyżowskich - Gozdawa
Epizod kalwiński w czudeckiej parafii nie trwał jednak długo, o czym świadczy najstarszy dzwon z kościelnej wieży. Napis który można nam nim odczytać głosi „IESV. SALVATOR.MVNDI. MISERERE. NOBIS STANISLAVS. FICKOVIC. PLEBANVS”, „CVDENSIS. POST. ECLESIARVM. A.PESTE. HERETICORVM – ELIBERATIONEM. A. D.1600. NICOLAVS. ET. SAMVEL. STRZIZO. HEREDES. DE. CVDEC”.

Co się tłumaczy "Jezu Zbawicielu świata zmiłuj się nad nami. Stanisław Fickowicz pleban czudecki po uwolnieniu od zarazy heretyckiej roku Pańskiego 1600. Mikołaj i Samuel Strzyżowscy właściciele Czudca".  Herby rodowe Procheńskich i Strzyżowskich oraz podpisy dowodzą, że ci sami, którzy w 1596 nie dopuścili do instalacji księdza, już cztery lata później powrócili na łono kościoła katolickiego.
Dzwon dzwonił niegdyś przy kościele św. Zofii, a dziś na wieży kościelnej św.Trójcy. A kobieta zgodnie z przysłowiem - wiedziała, że dzwonili, tylko nie wiedziała, w którym kościele. 

Kościół parafialny p.w. Świętej Trójcy w Czudcu

poniedziałek, 6 lutego 2012

Kapliczka na Brzostowej

Na dziale wodnym zwanym Brzostowa pomiędzy Wolą Pstrągowską, a przysiółkiem Rzeki, przy polnej dróżce znajduje się niewielka kapliczka. Złożona jakby z trzech kondygnacji, kryta dwuspadowym daszkiem, przez wiele dziesięcioleci stała pod dwoma lipami. Korzenie drzew podsadziły fundamenty figury, tak że budowla zaczęła przypominać krzywą wieżę. W górnej wnęce osy i szerszenie zakładały swe papierowe gniazda. W dolnej, pomiędzy gipsowymi figurkami wyrastały jakieś zielska wysiane z bukietów złożonych przez dzieciaki u stóp świątków. Nie wiem z jakim wydarzeniem wiąże się powstanie tej kapliczki, która jak większość podobnych obiektów stoi "na krzyżówkach". W takich odludnych miejscach, szczególnie w sąsiedztwie lasu "straszyło", a obecność Świętych Pańskich miała odpędzić złe siły. Niekiedy były to upamiętnienia tragicznych wydarzeń, nagłych zgonów w drodze. Dzisiaj jest podobnie - nowe kapliczki i krzyże powstają przy ruchliwych drogach, tam gdzie wydarzyły się wypadki samochodowe.
Przed kilku laty chcąc odnowić kapliczkę, lipy wycięto i sporym zapewne nakładem sił spionizowano budowlę, usuwając korzenie naruszające fundament. Surowe cegły przykrył tynk, pojawiła się nowa stolarka okienna, nowy daszek. Szerszeniom i osom wymówiono gościnę. Bezpieczeństwa figury będą strzegły już nie wieśniacze lipy, ale dwie miejsko-ogrodowe tuje.

Przy całym ludzkim staraniu, aby przywrócić świetność świętemu miejscu, trochę szkoda starych drzew. Rozumiem konieczność ich usunięcia, ale czemu nie zachowano tradycji sadząc na powrót młode lipki w bezpiecznej odległości od podstawy? Na tle ciemnej ściany lasu, z dala od domostw, jakoś mi mocno zgrzyta ta "tujoza".

środa, 28 grudnia 2011

Babica - wieś "Amerykonów"

Wracając do przedświątecznych międzyblogowch dyskusji o przewagach życia wiejskiego i miejskiego chciałbym przedstawić ciekawy materiał zebrany przez Krystynę Dudę-Dziewierz w podrzeszowskiej Babicy. 
W pracy pt.: "Wieś małopolska a emigracja amerykańska: studium wsi Babica powiatu rzeszowskiego" zafascynowało mnie zestawienie dwóch zdjęć tej samej osoby. Fotografia z 1910 ukazuje młodą, zadbaną kobietę w stroju rodem z powieści L.M. Montgomery. Na zdjęciu z 1930 roku widzimy bosą babinę w chustce na głowie, o spracowanych, zniszczonych rękach. Trudno wprost uwierzyć, że to ta sama osoba. Te dwa wcielenia, to jak bohaterki dwóch różnych bajek – amerykańskiego mitu i pogórzańskiej gadki o dawnych czasach. Jedna i druga opowieść zawiera elementy realne i fantastyczne, prawdę losu pojedynczego człowieka i statystyczne nieistniejące uśrednienie.
Sielankowy niekiedy obraz podkarpackiej wsi dwudziestolecia międzywojennego demitologizuje wypowiedź jednego z emigrantów zawarta w pracy pani Dudy-Dziewierz:
"Po przybyciu na wieś - czytamy - doznałem różnych sprzecznych ze sobą uczuć, raziły mnie stare jak świat zwyczaje naszego ludu, raziły mnie ogromnie bose, brudne, czerwone, jak upieczone raki, spalone od słońca, bose nogi dziewcząt, kobiet starszych, dzieci i mężczyzn. Wygląda to teraz dla mnie tak jakoś archaicznie, tak niewolniczo, tak po prostu dziadowsko i nieestetycznie, iż raziło to ogromnie. Nie wszyscy chodzą tak z konieczności, z braku butów, ale po prostu z przyzwyczajenia. Jednak u emigrantów, u tych, którzy powrócili do Polski ze świata, tego już niema.
Obserwowanie życia na wsi zdaje się zaprzeczać teorii, że świeże powietrze wiejskie i słońce dają zdrowie i długie życie.
Wystarczy przypatrzyć się tym kobietom wiejskim, aby przekonać się, że świeże powietrze i opalanie na słońcu, aż do koloru naszych Indian Amerykańskich, nie wiele robi dobrego dla ich urody, a sprowadza przedwczesną starość. Kobieta trzydziestoletnia na wsi w Polsce, nie może iść w porównanie z kobietą znacznie starszą z Ameryki, lub choćby z miasta polskiego. Nadmiar pracy, brak odpowiedniego pożywienia, niedbałość o swój wygląd, nieodpowiednie ochranianie twarzy przed promieniami słonecznymi: sprawia, że kobiety wiejskie bardzo szybko się starzeją, tak jak i nasze indianki.
Dziewczyna do lat dwudziestu utrzymuje swą urodę, po dwudziestu latach zaczyna ją szybko tracić, przy trzydziestce jest już więcej niż w średnim wieku: kobietą przekwitającą, a kobieta
miejska czterdziestoletnia nie traci swych wdzięków i uroku kobiecego. Sprawia to niezawodnie na coraz wyższym stopniu stojące życie higieniczne, podczas gdy kobieta wiejska nie ma najmniejszego pojęcia o higienie.
W krajach zachodnich, zwłaszcza w Ameryce, kąpiel stała się niemal codzienną w każdej porze roku potrzebą, a tu po wsiach nie kąpią się latami, a niektórzy nie znają, co to jest kąpiel!
Wspólność obór i chlewów wraz z mieszkaniami ludzkiemi w większości zabudowań wiejskich dawniejszej daty, czyni przysłowiowość świeżego powietrza na wsi niesłychanie głupim życiowym żartem, paradoksem, czy ironią, bo o ile pola pachną boskimi aromatami, sprawiają, że pierś i nozdrza człowieka doznają niebiańskich rozkoszy, że ramiona rozkłada się i chce się unieść za tym skowronkiem pod obłokami nad te pola cudne, to o tyle wstrętny zabijający odór stajń i kurników i chlewów w chatach wiejskich o mdłości człowieka przyprawia i pobyt na wsi obrzydza do ostateczności. Wyobraźcie sobie co to jest w lecie, gdy miliardy much się wylęgną, gdy to wszystko po gnoju łazi i potym do otwartych drzwi, okien i mieszkań chmarami się gamie, siada na jedzeniu, topi się w garnkach i mleku. A w Polsce nie tylko na wsiach, ale i w miastach nie znają jeszcze co to są siatki na okna i na drzwi, chroniące przed muchami i komarami.
Bo niech kto chce mówi o piękności strojów wiejskich i potrzebie ich zachowania, ja nie wierzę. Niech mi kto powie, że chłop w zgrzebnych porciętach, w zgrzebnej koszuli, zgrzebnej sukmanie i w jakiejś baraniej czapie, lub baba z gołymi czerwonymi nogami, w fałdzistej czerwonej jak u cyganki spódnicy, w kaftaniku bez żadnego kroju, i w jakiejś kraśnej chuścinie na głowie wygląda ładnie i po ludzku, to mu powiem, że jest głupi.
Niechby sobie kobieta robiła w polu tak jak robią kobiety na wsi w Polsce, ale niechby zrobiła jakieś boskie stworzenie ze siebie, niechby głowę nakryła przed słońcem kapeluszem słomkowym lub rogozianym z szerokim rondem, jak nasze farmerki w Ameryce, to i słońce nie spaliłoby jej tak czarno i nie starzałaby się na twarzy tak zbyt szybko."

American Dream widziany oczyma podkarpackiego chłopa w dwudziestoleciu międzywojennym przedstawiał się z kolei następująco:
"Ameryka jest to kraj, jest to matka, jest to niebo płynące miodem i złotem... i ja wole w ty wściekły Ameryce siedzieć na popiele jak w kraju na złotym dywanie."
...
"Ja tu tego nie mogę uczynić, co mogłem jako biedak w Ameryce - żali się jeden z wybitnych reemigrantów babickich.
- Przykro dziś Polakowi żyć w takim kwasie. Ford to miał ślicznie w głowie, żeby u nas w Warszawie tak mieli. Za darmo Ford nic nie da na świecie, bo trza pracować i sam Chrystus inaczej nie może zatwierdzić, jak w Ameryce. Ja z łamanym językiem w sprawie jakiejkolwiek mógł się wszędzie porozumieć, poszukali zaraz tłomacza i bezpłatnie załatwili wszędzie szlachetnie i delikatnie Żyda czy Polaka, a u nas pójść do informacji to jak nie powie jaśnie panie, to bryknie jak tygrys na człowieka, choć pochodzi z pod strzechy chłopa - a Warszawa ślepa, nieraz w Nowinach coś bąknie, żeby chłopa uważać za Polaka. Tam w Ameryce polskie syny i córy mogą dojść do urzędów i wieczorowych szkół a u nas ubiją. Ta dzika Ameryka da człowiekowi ołówek, papier, nauczyciela, lokal, aby człowiekiem został, a tu co?... Ameryka była lepszą matką i opiekunką w prawach niż dzisiaj nasza wolna ojczyzna. jesteśmy trapieni posożytami, szaleństwo bierze człowieka... W Ameryce byłem otoczony opieką tak samo jak obywatelski syn a tu nie, chociem obywatelski syn. Niech żyje takie prawo amerykańskie na kuli ziemskiej."
Analizując ten wyidealizowany obraz Stanów Zjednoczonych Krystyna Duda-Dziewierz pisze:
W międzyczasie w Ameryce wiele się zmieniło, ale polski reemigrant już tego nie śledził. Dla niego Ameryka pozostała najlepszym krajem; tam on, chłop polski, po raz pierwszy ocenił i zrozumiał własną wartość społeczną i siłę masy chłopskiej. Tam się chłop polski narodził w swoim poczuciu wartości i mocy. Dlatego też ten mit Ameryki ma głębsze znaczenie - jest to mit narodzin chłopa, jest to mit chłopskiej Polski, rzutowany na ziemie Nowego świata.
Atrakcyjność Ameryki wyrażona tak dosadnie w tej wypowiedzi, nie da się wytłomaczyć wyłącznie przez materialne czynniki, ani też indywidualne koleje losu, jakkolwiek są to rzeczy ważne. Siłę atrakcyjną Ameryki dla chłopa polskiego tłomaczy przede wszystkim jego inna sytuacja społeczna w Polsce, niż w Ameryce.
Podniesienie stopy życiowej i zamożność szły w parze z podniesieniem się znaczenia społecznego - poczucia wartości społecznej.
Chłop uzyskał dostęp do tych wszystkich dóbr materialnych, które w starym kraju były wyłącznie przywilejem klas wyższych.
....
Nie wyczerpuje to jeszcze roli, jaką Ameryka odegrała w przeobrażeniu pańszczyźnianej psychiki chłopa. W Ameryce chłop polski nie tylko podniósł dumnie głowę do góry, lecz także poczuwszy się człowiekiem, zaczął się pytać o swoją historię i silniej niż w starym kraju odczuł swoją łączność z Polską.
Podejmując dziś dyskusję na temat wyższości jednego czy drugiego sposobu życia, nie zapominajmy o różnych aspektach widzenia danego problemu. Zdefiniujmy też, o jakim konkretnie modelu wiejskiego czy miejskiego życia tak naprawdę mówimy. Życie na wsi dzisiaj, może być tak różne, jak niegdyś inne było życie rodziny dziedzica w czudeckim dworze i los chłopa z Babickich Bud.
Starajmy się też traktować ze zrozumieniem ludzi, którzy wybrali inaczej niż my, a szczególnie tych, których wybory były zdeterminowane przez różne czynniki i uwarunkowania zewnętrzne.

piątek, 2 września 2011

Strzyżów - kościół farny


Na ścianie kościoła farnego pw. Niepokalanego Poczęcia NMP i Bożego Ciała znajduje się tajemnicza rzeźba. Franciszek Kotula w książce Po Rzeszowskim Podgórzu błądząc pisze o niej tak:
W XV wiecznym kościele w Strzyżowie nad Wisłokiem, zbudowanym w całości z łupanego kamienia, na jednym ze wsporników od strony południowej - tylko na jednym! – u samego szczytu, zwróconego „twarzą” ku wschodowi, znajduje się płaskorzeźba postaci ludzkiej. 
Dolna część owej reliefowej postaci jest wyraźnie utrącona czy odbita. Postać obiema rękami jakby utrzymywała w równowadze duże naczynie, trzymane na głowie. Wysokość półpostaci może wynosić około 80 cm. Wykonanie raczej prymitywne. Kiedy zobaczyłem ten posążek, odruchowo przyszło m na myśl, że może to być wizerunek pogańskiego bóstwa. aczkolwiek obiekt nie jest podobny do którejkolwiek rzeźby znalezionej na zachodzie Polski czy Słowiańszczyzny a uznawanej za pogańskiego boga. Nie łączy też nic naszej rzeźby ze Światowidem ze Zbrucza.
Z powyższych względów sceptycznie ustosunkował się do mojej hipotezy profesor G. Labuda i ze swej strony wysunął przypuszczenie, że może to być rzeźba romańska.
Parafia strzyżowska powstała dość późno, bo dopiero w XV wieku. Do tego czasu Strzyżów należał do parafii Dobrzechów, będącej posiadłością cystersów koprzywnickich. Tutaj istniał kościół już w XIII wieku, prawdopodobnie drewniany. Gdyby był z kamienia, jakieś jego ślady powinny zachować się do dziś . Przedostatni kościół w tej wsi, zburzony na początku XX wieku, był również z drewna. Ale nie można całkowicie wykluczyć, by ten pierwszy był z kamieni, kamieniołomy bowiem są blisko.
Nie ma stuprocentowej pewności skąd brano kamień na budowę kościoła w Strzyżowie. Ale według wszelkiego prawdopodobieństwa – z Cieszyny, gdzie do dziś jest ogromny kamieniołom. A przez Cieszynę jedzie się prościutko do Stępiny. Będąc w Stępinie, jest się prawie na Chełmie, chociaż ten leży już na terenie wsi Jaszczurowa. A czy posążek ze strzyżowskiego kościoła nie może pochodzić z Chełmu, pewnego miejsca pogańskiego kultu?
Na ile hipoteza Franciszka Kotuli jest prawdopodobna? Znane są przykłady, że ułomki kamiennych posągów pogańskich stawały się budulcem dla nowych kościołów, podobnie jak elementy dawnych wierzeń i obchodów były przyswajane przez tradycję chrześcijańską. Miało to oczywiście głównie symboliczne znaczenie (pokruszony "bałwan" buduje ścianę kościoła). Przykładem może być chociażby słynna „ręka-noga-mózg na ścianie” drohobyckiej fary pw. Wniebowzięcia Najświętszej Panny Marii, Krzyża Świętego i św. Bartłomieja.

Na ile rzeźba ta ma związek z kamiennymi inskrypcjami IHC XPC (Chrystogram - Jezus Chrystus) na wschodniej ścianie kościoła?



poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Czudeccy Żydzi w pamięci współmieszkańców

Alicja Małeta - Czudeccy Żydzi w pamięci współmieszkańców / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1989 t.43 z.1-2
Czudec, leżący na lewym brzegu Wisłoka, przy starym trakcie z Rzeszowa przez Strzyżów, Jasło, Krosno w stronę Przełęczy Dukielskiej, wprawdzie przed półwieczem utracił prawa miejskie, ale zachował wygląd i charakter miasteczka. Należy do miejscowości o długiej przeszłości historycznej, gdyż jako osada wzmiankowany był już w XIII w. Z racji położenia nie omijały miasteczka klęski wojen i najazdów. W latach trzydziestych XVII w. zniszczyli je Tatarzy, a w sześćdziesiątych tego samego wieku, wojska Jerzego Rakoczego II, księcia siedmiogrodzkiego. Z najazdami tatarskimi związana jest miejscowa legenda, powszechnie znana wśród mieszkańców, tłumacząca powstanie nazwy miasteczka.1 Czudec strawiły dwa wielkie pożary, jeden w 1751 drugi w połowie XIX wieku. W tym pierwszym spłonęła m.in. drewniana bóżnica „37 łokci długa 1 18 szeroka"2, którą zastąpiła murowana synagoga zachowana do dzisiaj.
Biblioteka w dawnej synagodze

Po ostatniej, XIX—wiecznej odbudowie, przez blisko sto lat wygląd centrum miasteczka niewiele się zmienił. Ośrodkiem jest nadal czworokątny rynek, przylegający od południa do przelotowej szosy. Przy tej drodze, na zachód od rynku znajduje się barokowy kościół otoczony murem, na wschód zaś, w większej odległości zespół dworski. W północnej pierzei, zwanej, ze względu na podwyższenie terenu, Górnym Podcieniem, zachowały się XIX-wieczne zrębowe domy, zaopatrzone od frontu w szerokie okapy, które są pozostałością po dawnych podcieniach handlowych okalających niegdyś rynek.
Stare domy na północnej pierzei rynku

Miasteczko stanowiło centrum rzemiosła i handlu dla okolicznych wsi. Jeszcze w okresie międzywojennym, z okazji cotygodniowych targów rynek zapełniał się tłumem sprzedających i kupujących. W podcieniach mogących pomieścić całe wozy, sprzedawali na straganach swe wyroby piekarze, masarze, szewcy, krawcy. Na środku placu targowano tanie sprzęty miejscowego wyrobu, inne produkty rzemieślnicze oraz zboże i żywy inwentarz. Rynek ogniskował także odmienne przejawy życia miasteczka. Tu, od czasu do czasu, wychodził pracownik gminy (zwany „stróżem", „dziesiętnikiem", „ jurystą"), odziany w służbowy mundur i uderzając w bębenek dla zwrócenia uwagi obecnych głosił publicznie wiadomości. W porze wypasu, codziennie rano gminny pasterz sygnałem trąbki dawał znać mieszkańcom, by wyprowadzali z obór bydło, które pędził na wspólne pastwisko. W czasie targów, odpustów, świąt pojawiał się na rynku miejscowy kataryniarz z małpką i myszkami ciągnącymi losy, a także przyjezdny fotograf.
W okresie międzywojennym samo „miasto", które poza rynkiem obejmowało jeszcze kilka małych uliczek, liczyło ok. 1,5 tys. mieszkańców, z czego mniej więcej połowę stanowili Żydzi. Wkoło otaczały je rolnicze przedmieścia. Zasiedziałych mieszkańców samego miasteczka, wysoce się ceniących i mieniących się między sobą obywatelami, nazywano z zewnątrz „bechami". Oni zaś odwzajemniali się, uważając wszystkich chłopskich sąsiadów za „chamów". Żydzi pozostawali poza tymi dwiema kategoriami.
Ludność żydowska skupiała się w głębi wschodniej pierzei rynku gdzie do dziś stoi odnowiona synagoga (obecnie gminna biblioteka i dom kultury), „rabinówka", a nieco dalej nad rzeczką łaźnia rytualna (obecnie poczta). Wszystkie te budynki są murowane, współcześnie pozbawione wyraźniejszych cech stylowych. Żydzi mieszkali również poza tym obszarem lecz już w większym rozproszeniu. Na wzgórzu niedaleko od rynku znajdował się cmentarz żydowski, zwany tu „okopem". W czasie okupacji został doszczętnie zniszczony, a płyt nagrobnych użyto wówczas do wybrukowania ulic. Żydowscy właściciele sklepów, warsztatów utrwalili się w pa­ mięci współmieszkańców pod swymi zdrobniałymi imionami, przezwiskami i przekręconymi nieraz nazwiskami.3 Tak też tu zostaną przedstawieni. Różnie ocenia się obecnie ich ówczesny status ekonomiczny w Czudcu. Jedna z opinii mówi: „Byli biedni, ale trochę lepiej im się powodziło niż Polakom". Ktoś inny, opisując skupisko domów żydowskich za synagogą, powiedział: „Nie macie pojęcia, co za zlepek był tych budek żydowskich, biedne, zanieczyszczone, droga ogrodzona żerdziami, (a przy tej drodze) wychodki, coś wstrętnego. Straszna biedota była". W oknach żydowskich mieszkań nie zapamiętano ani kwiatów, ani firanek. Społeczność ta, jak każda, była wewnętrznie zróżnicowana majątkowo, co podkreśla inna z opinii: „W rynku więcej było bogatszych Żydów".
Stare domy na południowej pierzei rynku

Głównym źródłem utrzymania „obywateli" czudeckich do ostatniej wojny było rzemiosło, nieliczni tylko trudnili się handlem, który stanowił domenę Żydów. Pracowali tu rzemieślnicy różnych specjalności, wśród których najwięcej — bo kilkunastu, a w pewnych okresach nawet kilkudziesięciu — było szewców. Fachem tym tradycyjnie zajmowali się m.in. Kusztybowie, Dragoniowie, z której to rodziny wywodził się ostatni miejscowy cechmistrz, Baranowie, Porębowie itd. Zapamiętano tylko jednego żydowskiego szewca nazwiskiem Giec lub Giecel, szyjącego buty na zamówienie z paru pomocnikami. Sytuacja bytowa większości tutejszych rzemieślników nie była dobra. Żyli w ciasnocie, w małych izdebkach, gdzie warsztat łączył się z kuchnią i miejscem do spania dla całej rodziny. Wielu szewców pracowało chałupniczo, będąc uzależnionymi od swoich nakładców. Wspominano, że szewc, który zrobił dodatkową parę butów, wędrował pieszo do Rzeszowa, żeby ją sprzedać, gdyż nie stać go było na jazdę pociągiem, a jego dorastający syn zastanawiał się często, „kiedy wreszcie w życiu naje się do syta chleba". Szyło tu kilku krawców Polaków, Zięba, Gorczyca, Wojciechowski, Moskal i trzech Żydów, wśród nich Kile, wspominany najczęściej jako „portki-maszyna-nie-chce-szyć", od ciągle powtarzanego przez siebie zwrotu oraz drugi, zapamiętany pod imieniem Ślam. Krawcy zajmowali się również szyciem czapek. Warsztaty stolarskie prowadzili Pielowie, Chrzanowski, Hus, Gielata, Albinowski, a dopiero tuż przed wybuchem ostatniej wojny zaczął pracować samodzielnie Chaim Bank, pierwszy stolarz żydowski, wyzwolony u miejscowego majstra. Wśród kołodziejów, rymarzy i kowali, których było tu po kilku, nie znajdujemy Żydów, natomiast na dwóch blacharzy i dwóch fryzjerów jeden był Żydem. Pracowali tu dwaj szklarze, wymieniany tylko z imienia Jutka i ubogi Lejbuś Micner, który cały swój warsztat w postaci zapasu szyb nosił na plecach, szkląc okna w miasteczku i pobliskich wsiach. Nie zapamiętano nazwisk piekarzy żydowskich, a było ich podobno kilku. Znani z imienia Icek i Srulik, jako wozacy najmowali się do przewożenia towarów do tutejszych sklepów.
Do najzamożniejszych ludzi w Czudcu należeli Jan i Michał Moskwowie, bracia zajmujący się na szeroką skalę skupem cieląt i nierogacizny, którą wysyłali następnie koleją przede wszystkim do Wiednia. Prócz tego trudnili się na miejscu rzeźnictwem i masarstwem. Mieszkali w okazałych, murowanych domach przy rynku. O ich pozycji świadczy fakt, że Michał Moskwa pełnił funkcję jednego z ostatnich burmistrzów Czudca. Kilku Żydów zajmujących się handlem bydłem i jego ubojem (m.in. bracia Rejznerowie, Haftuła, Szpajzer) nie dorównywało im rozmiarem swych przedsięwzięć. Do bogatszych zaliczał się również Molenda, posiadający duży szynk-restaurację z kręgielnią, gdzie odbywały się „miastowe wesela" i zabawy karnawałowe. Konkurowali z nim Żyd Margulis oraz Wajs, także posiadacze szynków. Ten ostatni był prócz tego właścicielem sporego sklepu artykułów mieszanych i małego gospodarstwa na przedmieściu, które obrabiał wynajęty parobek. Jeszcze jeden wyszynk prowadził Herszek, właściciel domu z podcieniami przy południowej pierzei rynku, zwanej Dolnym Podcieniem. Herszeków jako jeden z nielicznych uratował się z zagłady i wkrótce po zakończeniu wojny pojawił się w Czudcu przed wyjazdem zagranicę, sprzedając swój dom sąsiadowi. Z zamożniejszych wspomina się także rodzinę rabina Micnera, utrzymującą się z trafiki. Sam rabin, który podobno jako jedyny z tutejszych Żydów „chodził w białych pończochach", nie pracował zarobkowo. W tym kontekście wymieniano ponadto sklepikarzy, Bujaka (artykuły żelazne). Rubinfelda (sklep bławatny) i handlującego zbożem Nebencala. Sklepów żydowskich było tu więcej, w drewnianym narożnym domu Górnego Podcienia niejaka Chajda posiadała sklep korzenny, w innym, Majlech prowadził sklep ze skórą i różnymi z niej wyrobami, organizował on także szewców-chałupników.
Przyczynek do działania mechanizmów przekształcania nazwisk i nadawania przezwisk stanowi przypadek kupca Bekiera, zwanego powszechnie Źróbkiem. Tylko jedna osoba z naszych rozmówców podała jego prawdziwe nazwisko, wyjaśniając zarazem, skąd wzięło się owo przezwisko. Wg niej, Bekierowie przybywszy do Czudca z jakiejś wsi zajmowali się początkowo skupem starzyzny. Za wózkiem, który ciągnął mały Bekier biegli często chłopcy wołając: źróbek, źróbek... Z czasem rodzina ta wzbogaciła się, mały „źróbek" w wieku dojrzałym doszedł do własnego sklepu, a dawne przezwisko przylgnęło, trwale zastępując nazwisko. Kiedyś, w przypływie dobrego humoru, nieco melancholijnie zwrócił się Bekier do klienta tytułującego go, „panie Źróbek": „Jaki ja tam źróbek, ja już jestem stary koń nie źróbek".
Zaledwie trzy sklepy w okresie międzywojennym były prowadzone przez Polaków, wśród nich wyróżniał się zasobnością i wielkością kolonialny sklep Juliana Guniewicza, połączony z mleczarnią. Podobno wcześniej miało ich być więcej, ale bankrutowały, przegrywając z konkurencją sklepów żydowskich.
Apteka tutejsza była początkowo zespolona z drogerią, a gotowe mieszanki ziołowe i popularne lekarstwa sprzedawał w niej Żyd Ajzner. Dopiero przed samą wojną, po dojściu Hitlera do władzy w Niemczech, przybył stamtąd aptekarz, Żyd o nazwisku Tewel, który prowadził aptekę do wybuchu wojny.
Okresowo pojawiali się w Czudcu Żydzi z większych miast, zwłaszcza z Rzeszowa, wynajmując mieszkania na wakacje.
Bardzo różnie jawi się współczesnym mieszkańcom sprawa uczęszczania dzieci żydowskich do szkoły. Zdaniem jednej z osób, „Żydzi mieli swoją szkołę dla chłopców, a dziewczyny chodziły do polskiej szkoły". Wg jednak powszechniejszej opinii wszystkie dzieci, łącznie z żydowskimi, uczęszczały razem do tutejszej czteroklasowej szkoły, a chłopcy żydowscy dodatkowo uczyli się w chederze, prowadzonym przez niejakiego Wajmana.
Do dziś żywo zapamiętano liczne nakazy i zakazy dotyczące różnych sfer życia żydowskich mieszkańców Czudca, zwłaszcza spraw zewnętrznych, dziejących się na oczach szerszej społeczności, jak np. nakazy wiązane z koszernością pożywienia. Żydzi korzystali tylko z własnych jatek, gdyż zwierzęta musiały być zabijane rytualnie. Drób zabijał „hazyn" jednym pociągnięciem noża. Sztuki zabite nieprawidłowo oraz tylne części tuszek Żydzi przeznaczali do sprzedaży dla Polaków, sami jadali bowiem tylko przody. Żydówki biorące mleko od gospodarzy przynosiły własne naczynia i czasem nawet dobrze sobie znanej gospodyni asystowały przy udoju. Potrawy mięsne i mleczne były gotowane w osobnych garnkach, a jak zaobserwowano, te dwie grupy produktów były rozdzielane w czasie gotowania na płycie kuchennej ruchomymi blaszkami. Jedna z osób zauważyła, że Żydzi gotowali osobno „mleczne jedzenie, mięsne jedzenie i parowe jedzenie", nie umiejąc jednak wyjaśnić, co by to ostatnie oznaczało.4 Zapamiętano że Żydzi posiadali odrębne świąteczne naczynia, które po użyciu starannie Myli i „konserwowali", co jest związane z nakazami dotyczącymi święta Pesach. Nie wszyscy Żydzi przestrzegali nakazów koszerności, widywano młodych mężczyzn jedzących ukradkiem, gdzieś w zaułku, kiełbasę.
Podkreślano czystość Żydów, nie zdając sobie zapewne sprawy z jej głównie rytualnego sensu. Żydzi myli ręce po każdorazowym korzystaniu z ubikacji. Po powrocie z cmentarza mężczyźni opłukiwali ręce w przepływającym nieopodal „okopu" strumyku, w piątkowy wieczór przed szabasem tłumnie udawali się do łaźni. Nie zapamiętano, aby korzystały z niej kobiety.
Uważano Żydów za pobożnych, zachowujących posty („posty trzymali"). Widywano bogatych obdarowujących biednych np. kawałkiem kury z okazji święta. Świadczona pomoc miała swe źródło zarówno w przyjaźni, sympatii, jak i w religijnym obowiązku pełnienia micw, wśród których są również dobre uczynki w popularnym rozumieniu. Łatwo zauważalne były, przytwierdzone do futryn mieszkań żydowskich po prawej stronie drzwi, apotropeiczne mezuzy.,,miały (Żydzi) coś, jak u nas kropielniczka, co palcem dotykały i palec całowały".
Świętowanie soboty rozpoczynało się w piątek po zachodzie słońca. Żydzi zamykali wówczas swoje sklepiki, a w ich domach rozbłyskiwały świece zapalane przez kobiety. Jedna z osób skwitowała krótko sobotnie przygotowania, (Żydzi) „w każdą sobotę świecili". W sobotnie święto obowiązywał Żydów zakaz pracy, obejmujący również różne drobne, z pozoru błahe dla postronnych czynności. Gdy Żyd udawał się w święto do synagogi, to „książkę do modlitwy polskie dziecko mu nieść musiało, były takie, co im nosy ucierały, papier do ustępu nosiły." Te i inne usługi świadczyli Żydom za drobne kwoty pieniężne przeważnie katoliccy chłopcy. Ci ostatni, chociaż podobno często zaglądali do bóżnicy, z ciekawością podglądając odprawiane tam modły, zapamiętali właściwie niewiele. Żydzi modlili się ubrani w „szmaty w czarne i białe pasy" (tałesy). Wywołani przez rabina mężczyźni brali na ręce „coś, jakby posąg" (zapewne zwój Tory w ozdobnym pokrowcu) i obchodzili z nim bimę dookoła po kilku naraz, to znów chwytając się za ręce chodzili wokół sali. Kobiety modliły się w oddzielnym pomieszczeniu na górze. Ta sama osoba zaobserwowała niezbędne w czasie modłów filakterie („klocek na czole i sznury owijające rękę") tylko u widzianego w pociągu Żyda, modlącego się samotnie podczas podróży. Z rytualnych strojów wymieniano, zauważone u chłopców żydowskich, płócienne, białe kamizelki z zwisającymi trokami, które ci chłopcy od czasu do czasu całowali. Polscy chłopcy usiłowali te sznurki obrywać, wierząc, „że przyniosą one szczęście" i „będą gołębie łapać się" w zrobione z rozkręconych sznurków oka sideł.
W sobotę wieczorem „po znaku" (nie wyjaśniono jakim), kończyło się cotygodniowe święto. Wówczas choćby na chwilę kupcy żydowscy otwierali swe sklepy, zachęcając klientów do wejścia. Pierwszego kupującego po szabasie Żyd „nie puścił bez towaru, boby szczęścia nie miał w handlu".
Pewne fakty z życia społeczności żydowskiej zostały przez różnych obserwatorów zapamiętane odmiennie. Przypomniano sobie, że każdego dnia wcześnie rano, około godziny czwartej, wychodził na rynek „hazyn" i chodząc od domu do domu żydowskiego stukał młotkiem w drzwi wołając „ajnszelajn". Wg innej wersji, Żyd ten stukał w bramy domów tylko w sobotnie poranki, w porze gdy dzieci szły do szkoły, wołając „enszelajn".5 Nikt z opowiadających nie wiedział, jaki cel miało to stukanie.
Zauważono, że Żydzi z szacunkiem odnosili się do świąt i uroczystości katolickich. Gdy w okresie międzywojennym przyjechał do Czudca biskup, najwcześniej i najdalej wyszli na jego powitanie właśnie miejscowi Żydzi, niosąc ze sobą „tablicą — dziesięć przykazań". Trudno określić, na ile takie postępowanie Żydów było nadal poddawaniem się dawnemu zarządzeniu, nakazującemu im oddawanie pokłonu hierarchii katolickiej, a na ile reliktowy czy kurtuazyjny gest.
Spośród religijnych obrzędów rodzinnych współcześni mieszkańcy Czudca zapamiętali nieco szczegółów dotyczących ślubu, wesela i pogrzebu. Utrwalony obraz, jak zwykle, nie jest wolny od dodanych własnych interpretacji.
Zdaniem niektórych rozmówców Żydzi najchętniej brali ślub na drodze, blisko domu i w okresie pełni księżyca, co nie znaczy oczywiście, że w nocy. „Dlatego Polacy wyśmiewali się z Żydów, że biorą ślub na końskim g...". Widziano też ślub udzielany na stopniach bóżnicy. Pannę młodą w białej sukni, takimż welonie i czarnej opasce na oczach przyprowadzili pod baldachim mężczyźni, zaś pana młodego w czarnym ubraniu i opasce na oczach przywiodły kobiety. Kiedy owe opaski były zdejmowane i co one oznaczały, nie zostało zapamiętane. Natomiast zachował się w pa­ mięci obraz tłuczenia „na szczęście" kielicha przez młodą parę. Nie uszło uwadze mieszkanek Czudca, gdzie która z córek miejscowych kupców brała ślub. „Szandla Rider (koleżanka szkolna jednej z rozmówczyń) wydawała się w chałupie, a Necha Wajsówna i Gołda, córka Herśka, a i chyba Źróbkówna wydawały się na gościńcu. Żydy zapraszały nas na wesela, można było potańczyć, ale raczej nikt z Polaków nie tańczył. Oni tańczyli inaczej i osobno, Żydy z Żydami, a Żydówki z Żydówkami. Żydy tak śmiesznie kicały przed sobą, a Żydówki tańczyły ładnie. Zapraszali przeważnie specjalnego śpiewaka na swoje wesela." Z weselnych poczęstunków jedna z rozmówczyń zapamiętała tylko pierniki, nie wykluczając, że były i inne potrawy.
Sporo obserwacji dotyczy żydowskiego pogrzebu. Przyglądano się z daleka konduktom pogrzebowym zmierzającym na kirkut, lecz samego pochówku raczej nikt z postronnych nie widział (czasem tylko jakieś dzieci może coś podejrzały), bowiem obserwację zastępują tu często wyobrażenia i utarte mniemania na ten temat. Wg jednych, Żydzi nie chowali swoich zmarłych w dzień tylko w nocy, „żeby nikt nie widział, żeby dzwonem kościelnym nie ruszył". Zwłoki niesiono w prostej zapewne skrzyni, o której dlatego mówiono pogardliwie „paka". Tylko mężczyźni szli za pogrzebem, kobiety, bliskie krewne zmarłego zostawały w domu na pokucie. Przez okres siedmiu dni trzeba było siedzieć nieprzerwanie cały czas na kamieniu za piecem. (Tak podobno pokutowała po śmierci ojca wspominana wcześniej Szandla Rider). Skrzynię na cmentarzu rozkładano, a zwłoki po rytualnym obmyciu w małym budyneczku, stojącym w rogu cmentarza chowano w pozycji siedzącej, „w kucki", żeby zmarły wcześniej zmartwychwstał od tych, którzy zostali pochowani w pozycji leżącej. W pierwszą rocznicę śmierci rodzina zapraszała płaczki do opłakiwania zmarłego.
Święta doroczne zostały zapamiętane wyrywkowo, bez osadzenia w czasie i bez znajomości długości ich trwania. Jesienne święto rozpoczynające rok religijny, Rosz-ha-Szana, następujące po kilku dniach Jom Kippur (Sądny Dzień) oraz przypadające między nimi Jamim Noraim (Straszne Dni) zlewają się w pamięci rozmówców w jedną całość. „Sądny Dzień to dla nich wielkie święto, jak dla nas Nowy Rok. Wszyscy idą się do bóżnicy modlić, śpiewać, tylko dzieci zostają. Oni bardzo bali się tego dnia, bo wtenczas diabeł Żyda albo Żydówkę może ze sobą porwać. A Żydy rano chodziły grzechy topić do Wisłoka." (Jest to oczyszczający obrzęd Taaszlich, polegający na symbolicznym pozbyciu się grzechów przez wyrzucenie okruchów z kieszeni do wody). Ktoś inny, tenże rytuał zapamiętał w zupełnym oderwaniu od określonego dnia świątecznego. Następujące wkrótce po wymienionych, święto Sukkot, czyli Święto Szałasów, obchodzone na pamiątkę pobytu Żydów na pustyni, mocniej zapadło! w pamięć mieszkańcom Czudca zapewne ze względu na przygotowywanie przez Żydów owych szałasów. Wg jednych powszechniejsze I były „kuczki" budowane na podwórkach żydowskich domów. I Szopy te były kryte daszkami z zielonych gałęzi. Inni zaś uważali, żel Żydzi częściej przygotowywali je na strychach domów, aby ustrzec | się przed psikusami ze strony Polaków. Taka kuczka miała charak-1 ter stały, a jedynie na czas trwania święta uchylano nad nią specjalną i klapę w dachu. Jak wyglądało to świętowanie, nikt dokładnie nie | wie. Rozmówcy pamiętają, że Żydzi wyczekiwali w czasie święta deszczu, który był wówczas dla nich dobrym znakiem. „Mówili, że  manna leci (z nieba)." Istnieje przekonanie, że „Żydzi tę mannę lizali". Zdarzało się w związku z tym, że co zuchwalsi przedstawiciel miejscowej kawalerki oblewali kuczki moczem. Jedna z rozmówczyń ! zapamiętała takie właśnie zdarzenie, wiążąc je z postacią tutejszego pastucha. „Żydzi to wykryli i pastuchowi uczynili tak, że już długo nie pożył i młodo zmarł." Na czym owo „uczynienie" polegało, nie i umieli powiedzieć.
Mówiąc o katolickich świętach Zesłania Ducha Św., popularnie nazywanych Zielonymi Świętami, jedna z rozmówczyń wspomniała przedwojenne „majenie" domów „mainą", na którą składały się gałęzie buka lub grabu, nigdy jednak brzozy, gdyż „używali jej Żydzi". Kiedy i z jakiej okazji to ostatnie wydarzenie miało miejsce rozmówczyni nie zdołała sobie przypomnieć, lecz skądinąd wiadomo, że z palmą (tj. gałązką zielonego krzewu) udawali się do bóżnicy Żyda w ostatni dzień Święta Szałasów.
W przypadku bliższej znajomości z rodziną żydowską, bardziej zażyłych kontaktów bywało, że Żydówki zapraszały do siebie, albo też przynosiły w poczęstunku jakieś niezapamiętane świąteczne potrawy oraz macę. Wspominając macę rozmówcy wyrażali błędne, choć mocno zakorzenione w zbiorowej świadomości mniemanie o niezbędności krwi chrześcijańskiej do jej wyrobu.
Nadszedł czas pogardy życia, II wojna światowa. Postawy mieszkańców Czudca wobec Żydów, w obliczu zbliżającej się ich zagłady były jak wszędzie ambiwalentne. Jedna osoba przyznała, że odmówiła przyjęcia do domu dwójki dzieci żydowskich (zresztą za proponowanym znacznym wynagrodzeniem), w obawie przed możliwymi konsekwencjami ze strony Niemców. Inna z kolei stwierdziła, że w miasteczku został uratowany mężczyzna z rodziny sklepikarza Bomby oraz dziewczynka żydowska Po wojnie trójka Żydów powróciła do Czudca. Dwie z tych osób wyjechały wkrótce potem do Izraela, a „po trzeciej ślad zaginął".

PRZYPISY
1 W skrócie przedstawia się ona następująco: Kiedyś gdy Czudec nazywał się jeszcze Nowogródek, na drugim brzegu Wisłoka stał warowny zamek, którego szczątki można oglądać jeszcze na Górze Zamkowej, połączony z osadą podziemnym tunelem. Właściciel zamku (o niezapamiętanym nazwisku) przetrzymywał w lochach zamkowych licznych więźniów. Zdarzyło się, że pod gródek podeszli Tatarzy zagrażając nie tylko osadzie, ale i warowni. Wówczas pan zamku obiecał najodważniejszemu więźniowi wolność za zabicie wodza Tatarów. I tak się też stało. Jeden z więzionych, z łuku ustrzelił tatarskiego chana. Ocaleni mieszkańcy zamku i grodu wołali w zachwyceniu, czudo!, czudo! Po tym wydarzeniu właściciel nadał gródkowi nazwę Czudec. Istniejąca do dziś, inna znana wśród Żydów tutejszych legenda mówiła, że nazwa Czudec pochodzi od „cudownego" zabicia smoka, który wcześniej pożarł siedmiu chłopców i tyleż dziewcząt. Pełniejszy zapis legendy zawierają Materiały do monografii Czudca, zebrane i opracowane przez miejscowego nauczyciela Stanisława Króla.
2 Materiały do monografii.., zawierają nieco danych na temat owej drewnianej bóżnicy, a także starań Żydów o budowę nowej, bez wskazania źródła tych wiadomości (Fragmenty niepublikowanego rękopisu Materiałów.., znajdują się w Archiwum Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku, kopia maszynopisowa w Arch. Pracowni IS PAN w Krakowie).
3 Podane przez informatorów nazwiska żydowskie są pisane fonetycznie, gdyż trudno obecnie ustalić ich prawidłową pisownię.
4 „parowe jedzenie", czyli „parve", tzn. obojętne, które można łączyć zarówno z potrawami mlecznymi jak i mięsnymi. (Wyjaśnienie dr Olgi Mulkiewicz-Goldbergowej).
5 tzn. „wychodzić do szkoły = bóżnicy", zniekształcony zwrot w jęz. jidisz. (Wg informacji prof. dr Chone Shmeruka z Uniwersyte­ tu Hebrajskiego w Jerozolimie). 

Podstawę niniejszego szkicu stanowią materiały zebrane w 1986 r, podczas wspólnych badań terenowych nad kulturą miasteczka, prowadzonych w Czudcu przez pracowników Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku oraz pracownię Instytutu Sztuki PAN w Krakowie. Wiadomości dotyczące problematyki żydowskiej uzyskano poza głównym tokiem badań, stąd fragmentaryczność poruszanej tematyki. Najwięcej danych do artykułu dostarczyły wywiady dr Ewy Fryś-Pietraszkowej oraz autorki. Pełniejszych wypowiedzi udzieliło piętnastu mieszkańców Czudca, kilku innych dorzuciło tylko krótkie informacje. Materiały te znajdują się w Arch. Pracowni IS PAN w Krakowie.

Obraz: Regina Mundlak: Żydowski domokrążca, 1929