 |
| Kalina hordowina na ruinach zamku |
Król zsiadł przed mostem zwodzonym z konia i wkraczał zadowolony, pogodny. Wziął klucz, przycisnął pana Chrzanowskiego do piersi i ucałował jak brata. Pan Chrzanowski rozpłakał się w głos. Ponad jego ramieniem Sobieski okiem znawcy spojrzał na zniszczone mury, na potrzaskane ganki, na ziejące wielkimi otworami strzelnice i spalone dachy.
- Żadnej chyba fortecy - rzekł z uznaniem - z równą furią nie dobywano, ani broniono z podobnym męstwem. Jest na co popatrzyć. Pokazaliście całemu światu, że i Turkom obronić się można, cnotliwie poruczonego miejsca chroniąc. Wieki będą o waszej obronie pamiętać, na równi z Troją, ze Zbarażem i Kremlem ją stawiając.
- Najmniejsza w tym moja zasługa, miłościwy panie - zapewnił Chrzanowski. - Wszyscy nad podziw mężnie stawali, przykładem swoim mnie krzepiąc. Z taką załogą można się bronić... Gdy zaś nadszedł ciężki dzień, że wszystkim nam ducha zabrakło, podtrzymywała nas moja małżonka...
Jejmość Anna Dorota, uroczysta, w nowym czepcu, dygnęła nisko przed królem.
- Wyznam najszczerzej - ciągnął pułkownik - że był moment, iż chciałem z zamku z załogą uciekać... powiedziała mi wtedy, że jeżeli to uczynię, przebije mnie mieczem i siebie...
- Nas do boju zagrzewała, pielęgnowała jak matka! - zakrzyknęli Szczygielski i Stański.
- Bez niej nie wytrwalibyśmy! - przywtórzyli inny chórem.
- Dalibóg, chyba tylko w Polsce są podobne białogłowy - rzekł król, ujął z szacunkiem szorstką, spracowaną dłoń pułkownikowej i podniósł do ust.
źródło tekstu: Trembowla. Powieść
historyczna. Zofia Kossak