Strony

sobota, 24 października 2026

„Drill, baby, drill!”, czyli naftowa gorączka na Pogórzu

Początek szlaku  Ustrzyckiej Rozety - Zadwórze
Gdyby Donald Trump przeniósł się w czasie o jakieś sto czterdzieści lat i odwiedził Galicję, mógłby się przekonać, że jego hasło „Drill, baby, drill!” było tu realizowane w całej rozciągłości. W drugiej połowie XIX wieku i na początku XX stulecia wiele okolic na Pogórzu i Przedgórzu Karpackim od Kołomyi po Limanową zmieniły się w krajobraz pełen szybów, wież wiertniczych, pomp i prowizorycznych urządzeń, a poszukiwanie ropy stało się jednym z najbardziej charakterystycznych zjawisk gospodarczych tej części monarchii austro-węgierskiej.
Fragment mapy "Obszary naftowe i gazowe Polski w Karpatach i na przedgórzu" 
Konstanty Tołwiński, Państwowy Instytut Geologiczny 1928 rok
 

Nie wszędzie powstawały wielkie kopalnie, a nie każde wiercenie kończyło się sukcesem, jednak nawet niewielkie ślady występowania węglowodorów potrafiły rozbudzić nadzieje właścicieli gruntów i przedsiębiorców gotowych zaryzykować kapitał. Galicyjska gorączka naftowa była częścią znacznie szerszego zjawiska, gdyż podobne skupiska szybów rozwinęły się w Pensylwanii, a jeszcze większe zagłębie naftowe powstało w okolicach Baku. W Galicji szczególną sławę zdobył Borysław, gdzie obok odwiertów naftowych prowadzono również wydobycie wosku ziemnego, czyli ozokerytu. W dawnych opisach pojawiają się tam imponujące liczby studni i szybów, trzeba jednak pamiętać, że nie wszystkie oznaczały odwierty wykonane nowoczesnymi metodami (początkowo metodą udarową kanadyjską, potem obrotową z płuczką), a część statystyk obejmowała również prymitywne wyrobiska (kopanki) i kopalnie ozokerytu. Nie zmienia to faktu, że w pewnym okresie Karpaty stały się jednym z ważnych światowych regionów wydobycia ropy, a rozwój przemysłu naftowego wpłynął zarówno na miejscową gospodarkę, jak i na sposób postrzegania ziemi, jej wartości i ukrytych w niej bogactw.

Fragment mapy "Obszary naftowe i gazowe Polski w Karpatach i na przedgórzu"
Konstanty Tołwiński, Państwowy Instytut Geologiczny 1928 rok 

Za naftowym boomem kryła się nie tylko zmiana technik wiercenia, czy nowe zastosowania surowca lecz także spór o to, kto ma prawo do znajdujących się pod ziemią zasobów. W monarchii habsburskiej obowiązywało górnicze ustawodawstwo, którego podstawowym punktem odniesienia była ustawa górnicza z 1854 roku. Nie wszystkie substancje występujące w ziemi traktowano jednak w ten sam sposób, a status prawny ropy, ozokerytu i innych substancji bitumicznych stawał się przedmiotem sporów. Istotne okazało się pytanie, czy ropa powinna być zaliczana do minerałów objętych tzw. regale górniczym, czyli pozostających w szczególnej dyspozycji państwa, czy też prawo do jej poszukiwania i wydobywania powinno przysługiwać właścicielowi gruntu. Czytelnicy tego bloga z pewnością pamiętają jak to paskudni Austriacy zamykali prywatne warzelnie chcąc utrzymać państwowy monopol solny. W przypadku ropy było jednak inaczej - władze i galicyjscy politycy spierali się o to, jak zakwalifikować ropę naftową w obowiązującym systemie prawnym. Zwracano przy tym uwagę na płynną postać oraz zastosowanie do produkcji nafty oświetleniowej. 

Zabezpieczona studnia po odwiercie

W XIX wieku podejmowano różne decyzje, które wyłączały określone substancje naftowe spod regale górniczego, ale dopiero ustawa z 11 maja 1884 roku uregulowała prawo do poszukiwania i wydobywania substancji wykorzystywanych ze względu na zawartość bitumów, w tym przede wszystkim ropy naftowej i ozokerytu (Gesetz, womit im Königreiche Galizien und Lodomerien sammt dem Großherzogthume Krakau und im Herzogthume Bukowina das Recht zur Gewinnung der wegen ihres Gehaltes an Erdharz benützbaren Mineralien geregelt wird). Jej § 1 stanowił, że prawo poszukiwania i wydobywania żywic ziemnych, w szczególności ropy naftowej i ozokerytu, a także gazów ziemnych uwalniających się podczas tych prac, przysługuje właścicielowi gruntu. Właściciel mógł następnie przekazać te uprawnienia innej osobie, na przykład przedsiębiorcy gotowemu sfinansować wiercenia. Nie oznaczało to jednak całkowitej dowolności: działalność podlegała nadzorowi władz górniczych, a dalsze przepisy regulowały kwestie bezpieczeństwa i stosunków sąsiedzkich. Ustawa państwowa miała charakter ramowy, a jej uzupełnieniem była galicyjska ustawa krajowa z 17 grudnia 1884 roku, ogłoszona w 1886 roku, a następnie znowelizowana po zmianach przepisów państwowych (Ustawa, regulująca prawo do wydobywania mine­rałów, które mogą służyć do użytku, jako zawierające żywicę ziemną). Kolejnym ważnym aktem była galicyjska krajowa ustawa naftowa z 22 marca 1908 roku. To właśnie te regulacje ukształtowały szczególny model stosunków własnościowych w galicyjskim przemyśle naftowym, oparty na powiązaniu uprawnień do eksploatacji z własnością gruntu. W praktyce oznaczało to, że właściciel pola, na którym planowano odwiert, stawał się ważnym uczestnikiem przedsięwzięcia. Przedsiębiorca musiał uzgodnić z nim warunki korzystania z terenu i prawa do wydobycia. W ten sposób rozwijały się umowy naftowe, w tym tak zwane brutta, czyli udział właściciela gruntu w wartości lub ilości wydobywanej ropy, ustalany w umowie. Dla jednych gospodarzy była to szansa na dodatkowy dochód, dla przedsiębiorców zaś – kolejny koszt, który należało uwzględnić, zanim jeszcze rozpoczęto wiercenie.

Studnia po odwiercie naftowym

Po odzyskaniu niepodległości Polska stanęła przed zadaniem ujednolicenia przepisów górniczych odziedziczonych po trzech państwach zaborczych. W II Rzeczypospolitej nadal działały przedsiębiorstwa korzystające z praw nabytych wcześniej, a system prawny odziedziczony po monarchii austro-węgierskiej nie został od razu zastąpiony jednolitym rozwiązaniem. Prawo górnicze z 29 listopada 1930 roku, które weszło w życie w 1932 roku, nie rozstrzygnęło od razu wszystkich zagadnień związanych z ropą naftową: poszukiwanie i wydobywanie substancji bitumicznych pozostawiono do odrębnego uregulowania, a dotychczasowe przepisy zachowały przejściowo moc. Dlatego w latach trzydziestych prywatne kopalnie naftowe mogły nadal działać na podstawie wcześniej ustanowionych praw. W fachowej prasie naftowej toczyła się przy tym coraz bardziej zdecydowana dyskusja nad przyszłością ustawodawstwa. W 1928 roku publikowano założenia nowej ustawy naftowej, a w kolejnych latach przedstawiciele przemysłu spierali się o to, czy należy utrzymać zasadę akcesji, czy też zastąpić ją zasadą regale, w której państwo miałoby zasadniczy wpływ na przyznawanie praw do poszukiwania i eksploatacji złóż. Przeciwnicy zasady akcesji podkreślali, że związanie praw do ropy z własnością powierzchni może utrudniać dostęp do terenów wiertniczych, podnosić koszty inwestycji i hamować rozwój kopalnictwa. Wskazywali również, że właściciel gruntu może oczekiwać udziałów w wydobyciu na tyle wysokich, iż przedsięwzięcie staje się nieopłacalne. Z ich perspektywy państwo, przyznając prawa górnicze i ustalając warunki eksploatacji, mogłoby łatwiej koordynować poszukiwania i ograniczać gospodarcze skutki rozdrobnienia. Inaczej patrzyli na tę kwestię obrońcy dotychczasowego porządku. Wskazywali na prawa nabyte, stabilność zawartych umów i ryzyko, że nagła zmiana podstawy prawnej naruszy istniejące stosunki gospodarcze. Nie musieli przy tym twierdzić, że system akcesji jest pozbawiony wad; mogli opowiadać się za jego reformą i ograniczeniem najbardziej uciążliwych uprawnień właścicieli, nie zgadzając się jednak na całkowite odejście od zasady, która przez dziesięciolecia kształtowała galicyjskie kopalnictwo. Szczególnie dobrze widać to w roczniku 1933 miesięcznika „Nafta”. W zeszycie 10 ukazał się artykuł Józefa Szlemińskiego "W przededniu zmiany ustawodawstwa naftowego", a obok niego opublikowano opinię Izby Przemysłowo-Handlowej we Lwowie o nowym projekcie ustawy naftowej. Zestawienie tych tekstów pozwala dostrzec, że przeciwnicy akcesji przedstawiali ją jako przeszkodę dla rozwoju przemysłu, natomiast zwolennicy zachowania dotychczasowego modelu obawiali się gwałtownego zerwania z utrwalonymi prawami i umowami. W dyskusji pojawiał się także problem zagranicznego kapitału: nie było oczywiste, czy zmiana prawa wzmocni polskie kopalnictwo, czy raczej ułatwi silniejszym finansowo przedsiębiorstwom przejmowanie korzystnych terenów. To jeden z ciekawszych paradoksów ówczesnej debaty. Obie strony powoływały się na interes polskiego przemysłu, ale inaczej rozumiały sposób jego ochrony. Dla jednych większa rola państwa miała ograniczyć rozdrobnienie, koszty i blokowanie inwestycji, dla drugich zmiana systemu mogła naruszyć prawa właścicieli i otworzyć drogę podmiotom dysponującym większym kapitałem. Samo odwołanie do interesu narodowego nie przesądzało więc, która strona miała rację; spór dotyczył przede wszystkim tego, jaki model prawny rzeczywiście sprzyjałby poszukiwaniom i wydobyciu.

Widok na jesienne Zadwórze
Właśnie w takim otoczeniu prawnym i gospodarczym należy umieścić historię niewielkiego przedsięwzięcia naftowego w Zadwórzu, w okolicach Ustrzyk Dolnych. Nie była to kopalnia porównywalna z Borysławiem, lecz lokalna próba sprawdzenia, czy po sąsiedzku znanych już bieszczadzkich kopalni  znajdą się zasoby, których wydobycie pozwoliłoby zarobić na dalszych poszukiwaniach. Jej historia pokazuje zarazem, że naftowe ambicje docierały również do miejsc, które nie stały się później znaczącymi ośrodkami przemysłu.

W jednym ze sprawozdań miesięcznika „Nafta”, obejmującym stan prac w grudniu 1931 r., odnotowano wiercenie prowadzone w Zadwórzu przez dr. Jerzego Apfla z Ustrzyk Dolnych. Na dzień 4 grudnia osiągnięto głębokość 252 m. W styczniu 1932 roku otwór „Zadwórze 1” miał 389 m głębokości, a w marcu wykazywano już 488 m i prowadzono jego rekonstrukcję. Co ciekawe wg miesięcznika "Geologja i Statystyka Naftowa Polski" na tej głębokości napotkano silną solankę.

Sprawozdanie opublikowane w numerze 8–9 „Nafty” z 1932 r. przynosi już informację o eksploatacji pierwszego szybu na kopalni w Zadwórzu. W okresie objętym raportem uzyskiwano z niego około 150–200 kg ropy dziennie. Jednocześnie drugi szyb doprowadzono do głębokości 200 m, po czym prace czasowo przerwano, planując rozpoczęcie wiercenia trzeciego szybu w pobliskim Hoszowie.

W 1933 roku pierwszy otwór w Zadwórzu nadal miał przynosić około 150 kilogramów ropy dziennie, ale dalsze poszukiwania nie dawały rezultatów, które uzasadniałyby większe inwestycje. W kolejnych doniesieniach pojawiały się informacje o słabych wynikach wierceń i niskiej opłacalności wydobycia. Na początku 1934 roku wszystkie trzy otwory były już nieczynne. Statystyka opublikowana w grudniu 1936 roku w „Kopalnictwie Naftowym w Polsce” wykazywała w Zadwórzu trzy otwory, ale bez produkcji ropy.

Tak zakończyła się krótka historia zadwórzańskiej kopalni: od wiercenia, które dawało nadzieję na lokalne źródło dochodu, po trzy nieczynne otwory, które nie stały się początkiem większego zagłębia. Z dzisiejszej perspektywy łatwo uznać to za epizod bez większego znaczenia, ale właśnie takie małe przedsięwzięcia składały się na historię galicyjskiego i międzywojennego kopalnictwa. Nie każda próba odkrycia złoża prowadziła do powstania kopalni, a nie każdy otwór, z którego wydobywano ropę, dawał dochód pozwalający na kontynuowanie wierceń.

W dostępnych materiałach nie znalazłem szczegółowej lokalizacji kopalni dr Apfela, jednak dzięki odkryciom terenowym pana Janusza z Zadwórza lokalizacje śladów po odwiertach w postaci studni i tzw. bełkotki zostały włączone w szlak Ustrzyckiej Rozety.  Szczególnie ciekawa jest bełkotka, czyli oczko wodne, z którego intensywnie wydobywają się pęcherzyki gazu o intensywnym zapachu bituminów. Położenie i ukształtowanie otoczenia świadczy, że nie jest to naturalna migracja węglowodorów przez podłoże, ale ma raczej związek z dawnymi odwiertami.

Dziś historia zadwórzańskich wierceń jest niemal zapomniana, a po krótkim epizodzie pozostały przede wszystkim ślady w fachowej prasie. Warto jednak o nim pamiętać, bo przypomina o czasach, gdy naftowe poszukiwania nie ograniczały się do wielkich zagłębi, lecz obejmowały także niewielkie miejscowości na przedpolu Bieszczadów. Hasło „Drill, baby, drill!” brzmi współcześnie jak slogan polityczny, ale jego sedno — nadzieja, że pod ziemią znajduje się bogactwo, które można wydobyć i zamienić na dochód — było doskonale znane także przedsiębiorcom z Zadwórza. Ich historia pokazuje jednak drugą stronę tej nadziei: wiercenie mogło się udać, ropa mogła płynąć, a mimo to skala wydobycia i koszty dalszych prac nie pozwalały na utrzymanie kopalni.

Bełkotka w Zadwórzu


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz