Strony

niedziela, 17 maja 2026

Storczyk samczy i romantyzacja krajobrazu biedy. Kilka refleksji o ochronie bioróżnorodności łąk i pastwisk

Początkiem maja i kwietnia, często podziwiam bieszczadzkie pastwiska budzące się do życia po zimowej szarości. Pod względem przyrodniczym to miejsca specyficzne, z oryginalną florą, fauną, a nawet biotą grzybów. Sztandarowym przedstawicielem tej ostatniej grupy jest dla mnie czasznica oczkowata, której jesienne owocniki jeszcze wiosną dymią zarodnikami, potrącone krowią racicą.

Storczyk samczy i bliźniczka psia trawka

Niziutka darń spasanych, nieśmiało jeszcze zazielenionych traw, nie jest szczególnie barwna, ale w kontraście do śródpolnych czyżni z kwitnącymi tarninami oraz trześniami i gruszami na miedzach, tworzy cudną krajobrazową mozaikę. Istotne jest to, że co jakiś czas spotkać tu można prawdziwe botaniczne rarytasy w postaci najwcześniej zakwitających storczyków - storczyka samczego (Orchis morio czy po nowemu Anacamptis morio) oraz kukułki bzowej (Dactylorhiza sambucina). Szczególnie chętnie odwiedzam jedno z okolicznych pastwisk, gdzie oprócz wspomnianych powyżej perełek zobaczyć można jeszcze cztery inne gatunki storczyków. W tym roku doznałem jednak pewnego rozczarowania - populacja storczyka samczego zwykle licząca setki kwitnących osobników, tym razem jest wyraźnie skromniejsza. Kwitnących roślin jest około 20% typowej liczebności, sporo roślin jest mikrych, niektóre wyraźnie uszkodzone czy zdeptane. Na kondycję storczyków z pewnością miała wpływ bardzo sucha wiosna z późnymi przymrozkami. Taka aura nie sprzyjała też porostowi traw, przez co  miejscowy rolnik szukając paszy dla bydła objął wczesnym wypasem szerszy niż zazwyczaj areał pastwisk. W ubiegłych latach storczykowe zbocze było wygryzane zwykle po zakończeniu kwitnienia, a nawet dopiero po zawiązaniu nasion. W tym roku krówki weszły na storczykowe pastwisko już na początku maja. Warto może dodać, że odbyło się to całkowicie zgodnie z wymogami programów rolnośrodowiskowych, które dopuszczają wypas od 1 maja.

Storczyk samczy i krowi placek :-)

Moje pierwsze wrażenie nie było przyjemne, pojedyncze pozostałe  kwiatostany wśród świeżych krowich placków, marne szanse na ładne fotki ;-). Trzeba jednak podkreślić, że w sensie ekologicznym nie jest to żadna katastrofa. Owszem storczyki wydadzą w tym roku mniejszą ilość nasion, co zmniejszy szanse na dalsze ich rozprzestrzenianie, ale z pewnością nie wpłynie to istotnie na żywotność populacji. Jak u wielu storczyków kwitnienie jest tu jedynie rzadkim, krótkotrwałym, chociaż efektownym przejawem długotrwałego życia ukrytego. Nawet we właściwym okresie fenologicznym większość osobników funkcjonuje w postaci niekwitnących drobnych rozetek, praktycznie niemożliwych do spostrzeżenia. Nie mówiąc już o tym, że bliżej nieokreślona część populacji przez długie lata trwa w postaci podziemnych bulwek i korzeni współpracujących z mikoryzowymi grzybami z rodzajów Tulasnella i Ceratobasidium. Tak więc jest raczej pewne, że to konkretne stanowisko odbuduje swój potencjał w kolejnych sezonach. Jednak ten drobny epizod pokazuje coś niezwykle ważnego: jak subtelnie „skalibrowane” bywają układy ekologiczne, które przyrodnicy  uważają za szczególnie cenne.

Storczykowe pastwisko trzy lata temu - wyjątkowo obfite kwitnienie

To pastwisko jest wyjątkowe, siedlisko ma tu charakter przejściowy między bliźniczyskiem a łąką świeżą. Utrzymuje się tu populacja Orchis morio licząca setki osobników oraz pięć innych gatunków storczyków (liczne podkolany białe, gółki długoostrogowe, kukułki szerokolistne, listery jajowate i wyjątkowo storczyk bzowy). Pastwisko istnieje dzięki bardzo specyficznemu modelowi użytkowania: dość intensywnemu wypasowi bydła z późnoletnim wykaszaniem niedojadów, ale bez nawożenia mineralnego, bez podsiewania produktywnych mieszanek traw i bez prób maksymalizacji produkcji paszy. Taki układ działa tylko w dość wąskim zakresie warunków korzystnych dla storczyków.

Kukułka bzowa

Zbyt intensywny wypas doprowadziłby do degradacji siedliska — nadmiernego zgryzania, zadeptywania i eutrofizacji. Całkowite porzucenie wypasu uruchomiłoby z kolei sukcesję i po kilku dekadach storczyki zniknęłyby pod naporem krzewów i lasu. Proces ten częściowo widać już w fragmencie pastwiska zarastającym tarniną, gdzie rolnik nie prowadzi wykaszania niedojadów. Zaoranie, mineralne nawożenie czy zabudowa oznaczałyby szybki koniec tej populacji. To storczykowe bogactwo nie jest jednak triumfem „tradycyjnej mądrości rolniczej” ani rezultatem idealnie zaprojektowanych zapisów programu rolnośrodowiskowego. Jest raczej przypadkowym produktem wieloletniej historii użytkowania gruntów.

Botanicy — i przyznam, że sam do nich należę — lubią wyobrażać sobie dawny krajobraz jako mozaikę kwietnych łąk pełnych storczyków, goryczek i motyli. To bardzo kuszący obraz harmonii człowieka z przyrodą. Problem polega na tym, że taki krajobraz, jako dominujący model użytkowania, najprawdopodobniej nigdy nie istniał.

Ekstensywność użytkowania nie była historycznie świadomym wyborem. Wynikała z biedy, niskiej wydajności rolnictwa, ograniczeń technicznych, kosztownego transportu, braku nawozów sztucznych i konieczności wykorzystania niemal każdego skrawka ziemi. Krajobraz, który dziś przyrodniczo doceniamy, był często produktem ubocznym trudnych warunków ekonomicznych. Nasze współczesne spojrzenie można więc nazwać romantyzacją krajobrazu biedy.

Storczyk samczy w białej formie barwnej

Wobec tego warto zapytać: co naprawdę wiemy o dawnym krajobrazie bieszczadzkich pastwisk?

Pomocne są historyczne źródła. Bogusław Kotula, opisując florę regionu pod koniec XIX wieku, wcale nie kreśli obrazu bieszczadzkiej arkadii. O bliźniczyskach pisał: „Łąki w tych stronach niezbyt częste są już znacznie uboższe w gatunki (...). Miejsc suchych a kwiecistych nie ma prawie w tej krainie (...), znajdziesz tylko miejsca suche, jałowcem pokryte; robią one na widzu bardzo smutne wrażenie, tem smutniejsze, że się w miarę pustoszenia lasów mnożą i zagrażają dobrobytowi całego kraju.” Warto przypomnieć, że dziś bogate florystycznie płaty górskich i niżowych muraw bliźniczkowych są siedliskiem priorytetowym Natura 2000. XIX-wieczny botanik widział w nich raczej krajobraz degradacji i nadmiernej eksploatacji.

A co ze storczykiem samczym? Z okolic górnego Strwiąża Bolesław Kotula pisał o nim: „po łąkach żyznych i na stokach trawiastych rzadka…”, natomiast z okolic Przemyśla: „Bardzo częsta (...) po stokach mszystych, wrzosowiskach, łąkach leśnych, zwykle wraz z Gnaphalium dioicum.” Ten sam gatunek, ten sam autor, ten sam okres, a zupełnie inny obraz ekologiczny. Trudno wobec tego uznać że w przeszłości był jeden „tradycyjny krajobraz wiejski”. Były różne krajobrazy, kształtowane przez lokalną historię użytkowania, gospodarkę, zaludnienie i warunki siedliskowe.

Można też zapytać, czy dawny wypas rzeczywiście był ekstensywny? Dziś mówimy o „ekstensywnym wypasie” posługującym się językiem ochrony przyrody, przełożonym na konkretne parametry obsady czy obciążenia pastwiska  w DJP/ha (tzw. duże jednostki przeliczeniowe inwentarza na jednostkę powierzchni). Ale XIX-wieczny gospodarz nie znał takich przeliczników, starał się maksymalizować wykorzystanie posiadanych zasobów łąk i pastwisk. Wypasał przydroża, miedze, bagienka, skarpy, nasypu kolejowe, zadrzewienia śródpolne, a po Świętej Jadwidze to już pasę gdzie widzę. Powszechnym i w dużej mierze tolerowanym zjawiskiem było także paszenie w lasach. Przy ograniczonym nawożeniu pastwisk (bo obornik był potrzebny na gruntach ornych) i braku dożywiania stad kiszonkami czy paszami spoza gospodarstwa, presja wypasu na większości użytków zielonych mogła być bardzo wysoka, z dodatkowym stałym obciążeniem okolicznych lasów.

Ustjanowa, Równia i Hoszowczyk w historycznych granicach na zdjęciach lotniczych z 1944 roku.
Zwraca uwagę różnica w strukturze użytkowania między gruntami dworskimi i włościańskimi

W okolicach Równi, Hoszowczyka i Ustjanowej do drugiej wojny światowej dominowały grunty orne. Pastwiska i łąki koncentrowały się w wyższych, południowych partiach wsi od strony częściowo zalesionego pasma Żukowa oraz na grzbiecie od strony Hoszowa. Bydło i owce zapewne chętnie zapuszczały się w sąsiadujące laski i przylaski tym bardziej, że wilków i niedźwiedzi w najbliższej okolicy nie uświadczył.

Był to z pewnością krajobraz zupełnie odmienny od dzisiejszego, bardziej kulturowy i otwarty, z pewnością potrafiący zachwycić szczególnie przybyszy z zewnątrz w tym także pilotów szybowców ze szkoły szybowcowej LOPP na Żukowie, korzystających z gościny zasobnego dworu w Ustjanowej. I znów patrząc z okna szybowca na dawny krajobraz Gór Sanocko-Turczańskich łatwo popaść w nostalgię. Mozaika pól, pastwisk, łąk, małych gospodarstw i ludzi „żyjących bliżej natury” to obraz estetycznie atrakcyjny, a dla niektórych także ideologicznie pociągający.

Ale jak wyglądała codzienność, jeśli zamiast romantycznych wyobrażeń zajrzeć do suchych statystyk?

Bardzo ciekawym źródłem jest zapoznana publikacja: Jan Kuczyński, Rynek zbożowy. Monografia powiatowa. Powiat leski (Warszawa 1937). To nie sielankowy obraz ani sentymentalne wspomnienie, lecz chłodne opracowanie statystyczno-gospodarcze. Obraz, który się z niego wyłania, jest bardzo daleki od arkadyjskiej wizji dawnej wsi.

W 1937 roku powiat leski liczył 112 275 mieszkańców. Z tego 92 725 osób (83,1%) utrzymywało się z rolnictwa, 7806 z przemysłu i rzemiosła, 4336 z handlu i usług, 1239 z komunikacji, a 5469 z innych źródeł. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak model niemal idealnego społeczeństwa agrarnego. Ponad 80% ludności żyje z roli — czyż nie jest to właśnie ten wyidealizowany model lokalnej samowystarczalności?

Problem w tym, że ta ogólna statystyka nie odpowiada na zasadnicze pytanie o jakość tego „życia z rolnictwa”. A tutaj obraz staje się znacznie mniej romantyczny.

Zmiany struktury użytków rolnych w dawnym powiecie leskim w latach 1937-2020

Dzisiejsza wyobraźnia przyrodnicza chętnie widzi dawne Bieszczady jako mozaikę lasów oraz półnaturalnych łąk i pastwisk. Tymczasem trwałych użytków zielonych było stosunkowo niewiele. Struktura użytkowania gruntów wyglądała następująco: grunty orne — 42,1%, łąki — 5,7%, pastwiska — 9,8%, lasy — 38,2%, nieużytki - 3,7%, sady i ogrody 0,5%, . W krajobrazie powiatu dominowały więc grunty orne o niskiej produktywności, rozległe lasy oraz ubogie pastwiska.

Był to zarazem świat małych, często wręcz karłowatych gospodarstw. W powiecie istniało 13 826 gospodarstw rolnych, z czego 64% miało mniej niż 5 hektarów, a 87% mniej niż 10 hektarów. To właśnie ten klasyczny model małych rodzinnych gospodarstw, który bywa dziś idealizowany jako alternatywa wobec nowoczesnego rolnictwa przemysłowego.

Struktura wielkości gospodarstw rolnych w dawnym powiecie leskim w 1937 r

Sam autor monografii skutecznie jednak studzi ten entuzjazm. Wynika z jego analiz, że w ówczesnych realiach gospodarstwa rzeczywiście samowystarczalne produkcyjnie musiały mieć areał przekraczający 10 hektarów. Teoretycznie gospodarstwo o powierzchni 5–10 hektarów mogło pokryć podstawowe potrzeby żywieniowe kilkuosobowej rodziny, ale trzeba pamiętać, że w powiecie leskim nie korzystano jeszcze z dobrodziejstw rewolucji nawozowej związanej z procesem Habera–Boscha. W praktyce rodziny dysponujące mniejszym areałem musiały szukać dodatkowych źródeł utrzymania — pracy w lesie, pracy najemnej w majątkach dworskich czy sezonowych wyjazdów zarobkowych — albo po prostu żyły na granicy chronicznego niedoboru.

A co właściwie jedli mieszkańcy?

Według danych podstawę wyżywienia stanowiły ziemniaki, żyto, częściowo owies, przy niewielkim udziale produktów zwierzęcych — głównie mlecznych, nie mięsnych. Najciekawszą częścią monografii Kuczyńskiego jest bilans produkcji i konsumpcji produktów roślinnych. Okazuje się, że w skali powiatu występowały ogromne deficyty podstawowych artykułów żywnościowych.

Produkcja i konsumpcja zbóż (lewa skala) i ziemniaków (prawa skala) w dawnym powiecie leskim

W przypadku pszenicy produkcja wynosiła 25,5 tys. kwintali przy zapotrzebowaniu rzędu 48,7 tys. kwintali. W przypadku żyta: 85 tys. wobec potrzeb sięgających 165 tys. kwintali. Dla ziemniaków: 1,19 mln kwintali przy potrzebach szacowanych na 1,75 mln.

Jak pisał Kuczyński: „Nadmiar jęczmienia i owsa jest iluzoryczny, tę minimalną nadwyżkę skarmia się i tak bardzo słabo odkarmionym inwentarzem”.

Import żywności spoza powiatu był więc koniecznością, i to bardzo konkretną, a nie jedynie teoretycznym uzupełnieniem lokalnej produkcji. Monografia szczegółowo opisuje import mąki żytniej, mąki pszennej i ziemniaków. Rocznie sprowadzano między innymi ponad 80 tys. kwintali mąki żytniej oraz ponad 23 tys. kwintali mąki pszennej.

Powiat leski nie był więc żadną zamkniętą agrarną arkadią. Bezpieczeństwo żywnościowe regionu opierało się nie tylko na lokalnej produkcji, ale również na eksporcie ludzkiej pracy. Mieszkańcy wyjeżdżali sezonowo na żniwa do innych regionów i wracali częściowo z zapłatą w zbożu.

System funkcjonował, bo ludzie jedli mniej niż dzisiaj, nie marnowali żywności, a najsłabsi po prostu chorowali i umierali. Palący problem żywnościowo pojawiał się w latach słabszych plonów bo zapasów po prostu nie było. Najmniejsze gospodarstwa sprzedawały zboże zaraz po zbiorach, nie dlatego, że miały wielkie nadwyżki, ale dlatego, że trzeba było zapłacić podatki i zabezpieczyć bieżące potrzeby (sól, zapałki – produkty objęte monopolem państwowym, nafta, alkohol, leki).

Jeśli ktoś chce idealizować dawny krajobraz Karpat jako model lokalnej samowystarczalności, harmonijnego życia blisko natury i małoskalowego zrównoważonego rolnictwa, to warto zajrzeć do takich źródeł jak monografia Kuczyńskiego. Powiat leski w 1937 roku to świat ogromnej liczby ludzi związanych z rolnictwem, małych rodzinnych gospodarstw, minimalnego marnotrawstwa, ciężkiej pracy fizycznej i niskiej konsumpcji, który mimo to nie był samowystarczalny żywnościowo. Nie była to sielanka, lecz rzeczywistość chronicznego balansowania na granicy niedoboru. To zasadnicze niedomaganie było też jednak  niewątpliwą zaletą gdyż uodparniało wiejskie społeczeństwo na czas kryzysów ekonomicznych i wojennych zawieruch.

Współczesna struktura użytkowania gruntów w historycznych granicach wsi
Na wiosnę grunty orne odznaczają się wyraźnie jasnym kolorem odsłoniętej gleby

Dzisiejsze rozległe łąki i pastwiska bieszczadzkie są w dużej mierze skutkiem dramatycznej historii drugiej połowy XX wieku — powojennych wysiedleń, zmian własnościowych i stopniowego odchodzenia od uprawy roli w dobie przemian społeczno-gospodarczych na przełomie XX i XXI  wieku. To oznacza, że część współczesnej bioróżnorodności jest produktem nie „odwiecznej tradycji”, ale stosunkowo nowych procesów historycznych Z terenu dawnego powiatu leskiego niemal zniknęły grunty orne. Część została objęta wtórną sukcesją leśną, znaczna część przekształciła się w łąki. Wiele bieszczadzkich użytków zielonych jest dziś koszonych lub mulczowanych „pod dopłaty”, bez realnego wykorzystania biomasy w produkcji zwierzęcej. Także współczesny wypas jest zazwyczaj znacznie bardziej ekstensywny niż historyczny. Do tego dochodzą zmiany globalne: wzrost depozycji azotu, zmiany klimatu, przekształcenia hydrologiczne i zmiana intensywności użytkowania gruntów.

Tu dochodzimy do szerszego problemu. Dominujący sposób użytkowania krajobrazu niemal zawsze jest funkcją bodźców ekonomicznych i politycznych, a nie preferencji ekologicznych. Epoka przedindustrialna stworzyła określony krajobraz nie dlatego, że była „ekologiczna”, lecz dlatego, że odpowiadała ograniczeniom technologicznym i strukturze społecznej.

W gospodarce rynkowej działa inna logika: konkurencja premiuje większą wydajność pracy, większą produktywność ziemi i niższy koszt jednostkowy. W świecie globalnych powiązań i absurdalnie taniego transportu lokalna produkcja rolnicza konkuruje z sposób mało przewidywalny z produktami z drugiej strony globu (patrz umowa z Mercosur). Paradoksalnie, siedliska muraw bliźniczkowych, które współczesna ochrona przyrody uznaje za cenne relikty półnaturalnego użytkowania, a przez XIX-wiecznych przyrodników i rolników nazywane psiarami jako wyraz degradacji łąk i krajobrazu, są chronione dzięki ekonomicznym nadwyżkom nowoczesnych społeczeństw. To stosunkowa zamożność krajów Unii pozwala wdrożyć takie fanaberie jak działania rolno-środowiskowo-klimatyczne, które przynajmniej w teorii mają zachować bogactwo ekosystemowe zbiorowisk nieleśnych. W efekcie współczesny ustrój społeczno- ekonomiczny, który zniszczył znaczną część bioróżnorodności, jednocześnie daje środki na jej ochronę. Daje w postaci dopłat za specyficzne użytkowania łąk i pastwisk przez rolników, którzy narzekają na mocno zbiurokratyzowany i skomplikowany system, ale skwapliwie z niego korzystają. Przyrodnicy narzekają z kolei na schematyzm i problemy we wdrażaniu ochrony mniej powszechnych siedlisk. Jest też sporo osób krytykujących oderwanie systemu dopłat od rzeczywistych potrzeb rolnictwa i ekonomicznych realiów gospodarowania, wskazujących na wartość bardziej lokalnych, mniej intensywnych modeli produkcji, nawiązujących do XIX-wiecznego agraryzmu. Warto jednak pamiętać, że rozwiązania takie mogą sprawdzać się jedynie w określonych niszach i warunkach, a trudno traktować je jako uniwersalny model dla współczesnego systemu żywnościowego.

Dobrze jest też pamiętać, że przeszły krajobraz, który dziś bywa idealizowany jako ekologicznie harmonijny, był historycznie utrzymywany kosztem ogromnego nakładu ludzkiej pracy, niskiego poziomu konsumpcji i wysokiej ceny społecznej. Próba jego pełnoskalowego odtworzenia bez nowoczesnego zaplecza energetycznego, technologicznego  i chemicznego (nawozy i środki ochrony roślin)  oznaczałaby nie romantyczny powrót do natury, lecz głęboki kryzys społeczny. Bo krajobraz agrarny kształtowany przez „głód, pot i krew” może być interesującym przedmiotem historycznej refleksji — ale znacznie mniej atrakcyjnym projektem na przyszłość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz