Strony

środa, 24 września 2014

Odpust w Łopience

Nie dalej jak o milę od węgierskiej granicy, pomiędzy Bukiem, Tyskową a Polankami, leży wieś Łopienka. Wieś ta, ciągnąca się długim brudnym łańcuchem wzdłuż rzeczki Solinki, położona jest między tak wielkiemi górami, że tam zimą i latem słońce o godzinę później wschodzi i o godzinę wcześniej zachodzi. Ziemia nieżyzna, a grunta orne są tak wysoko położone, że nietylko iż nic nie rodzą prócz owsa i jarzyny, ale i ten owies jeszcze częstokroć, nim dojrzeje, już go śnieg zasypie; bo jesień piękna, tam rzadko dotrzyma, a chmury deszczowe, zamieniając się w śnieżne, częstokroć już z końcem września a bardzo często z początkiem października o tamtejsze góry się rozbijają, a mieszkaniec tamtejszy, wstawszy ze snu o świcie i wychyliwszy się oknem ze dworku, nagle ujrzy nad sobą ubielone gór szczyty, wyglądające tak właśnie, jak gdyby głowy muzułmanów w białe owinione zawoje i kiwające się nad górską wiosczyną, jakby nad alkoranem. Mgły osiadłe na gór średnicy i warzące się między sobą jakby dym z lulki puszczony, sprawiają takie omamienie, że cała okolica zdaje się w ustawicznym być ruchu.
Z przyczyny nieurodzajności ziemi, całe gospodarstwo tamtejsze polega głównie na chowie bydła, owiec, kóz i niewielkich koni, któremu to przedsiębierstwu w pas rosnące po górach i dosyć żyzne trawiska niezmiernie służą. Również jaki taki dochód stanowić może drzewo, którego jest pod dostatkiem i wyrabianie różnych artykułów drzewnych, za które sąsiedni Węgrowie, ile że Karpaty z ich strony nie tyle są w drzewo obfite, dobrze płacąc, chętnie kupują. Jednak to wszystko jeszcze niewieleby pomagało, gdyby nie ten punkt ważny, że Łopienka jest miejscem cudownym a parę razy do roku odbywane odpusty, sprowadzając za każdą razą po kilka a nawet po kilkanaście tysięcy ludzi i trwając po dni kilka, sprawiały to, iż propinacya stała bardzo wysoko i dawała właścicielom znaczne w gotowiźnie dochody. Dzisiaj i to już upadło, bo chodzenie po odpustach z upadającą coraz w ludziach religią i pobożnością, wychodzi pomału ze zwyczaju, a Łopienka jak i wszystkie cudowne miejsca, temi laty i w czasie głównego odpustu, zaledwie tysiąc albo dwa tysiące ludzi przyciągnie i to tylko z sąsiedztwa: gdzie to dawniej bywało przypatrzyć się tłumom odpustowego ludu, to mogłeś dojrzeć miru ruskiego kilka tysięcy i Mazurów aż z za Wisłoki i z za Rzeszowa i Szlązaków z za Andrychowa i Żydów od Krakowa i Węgrów od Unghwaru i Szinny, pośród któregoto różnobarwnego kobierca, jakby osobna osnowa, snuli się Cyganie, których, ile że im tam i kraść było najłacniej, i umawiać się z krajowymi złodziejmi, i na pokradzione już rzeczy czynić z nimi zamiany, wielkie na każdym odpuście bywało zbiegowisko.
Tłumy odpustowego ludu w Łopience mieściły się we wsi, która położoną jest pomiędzy bardzo wysokiemu górami i tylko jak wązka wstęga, z chat wieśniaczych spleciona, ciągnie się wzdłuż górskiego potoku, którego obadwa brzegi nie formują nigdzie szerszej jak na kilkadziesiąt sążni równiny. A pomimo to jednak, chociaż lud tam zgromadzony nie miał się gdzie rozszerzyć i ugrupować, przedstawiał on widok bardzo malowniczy.
Więc zaraz pod cerkwią murowaną, która staremi otoczona drzewy wraz z obszernym dziedzińcem i księżemi zabudowaniami stoi na wyniosłym pagórku i ztąd od południa, jakby umyślnie od ręki urobionym tarasem otoczoną się być wydaje, przy wszystkich drogach i ścieżkach porozsiadały się baby przekupki z różnego rodzaju naczyniami, garnkami, rynkami, malowanemi łyżkami, sitkami, skopcami, innym podobnym towarem; dalej Żyd z solą, obsadziwszy się żółtemi solówkami, z których jedne już były próżne i bebechami napchane, a inne jeszcze białemi głowami dość bezczelnie świeciły, bo brzuchy już dawno miały przez szachrajstwo wybrane, wabił chłopów przechodnich, zachwalając im sprawiedliwość miary nad miarę i doskonałość warzonki; dalej młody chłopak od Beskidu, smukły jak sosna i piękny jak statua marmurowa, w długich jasnych włosach, opadających na okrągłe brunatną guńką osłonione ramiona, w małym czarnym okrągłym kapeluszu, w skórzanych do lekkiej nogi przysznurowanych sandałach, stoi nad stosem drewnianych fujarek, na płachcie rozścielonej złożonych i na jednej fujarce smutne przygrywając piosenki i w co najrzewniejsze rozkwilając się tony, wabi chłopców do kupna, którzy nagromadziwszy się koło płachty, ciekawem na niego a łakomem na fujarki rzucając okiem, pochylają się ku nim i rękami je dotykają. Góral gra nieprzerwanie, a echo odbijając się dwukrotnie w dwóch przeciwległych lasach, powtarza każdej zwrotki ostatnie tony, i dodając im z oddalenia pewnego uroku i powagi, pomaga do zachęcenia młodzieży. Trochę dalej nad samym już potokiem porozlegały się różnego rodzaju szatry, namioty i budki, w których czerwoni na twarzach szynkarze i wymowni Żydzi sprzedają gorzałkę i piwo. Przy nich jako nierozerwany przyjaciel gorzałki, szewc, ów pijak koronny, rozłożył sklep z bótami czarnemi i czerwonemi dla niewiast i dziewek. Dalej drugi gorzałczany towarzysz, tytuń, na węgierskiej zrodzony ziemi, przez bakuniarzy wniesiony, rozsypał się na kilkunastu płachtach pokotem i ciemno brunatnemi błyszczący liśćmi, oglądał się na chłopów; zaś w drobniutkie sznurki jakby szafran skrajany, patrzał na szlachtę, dla której był przeznaczony. Koło tytuniu parobcy i woźnice, poodstępowawszy powozów i koni, koło szewca wieśne baby, dziewki a klucznice, popadie a ekonomowe, koło szynku znów różnego rodzaju chałastra zgromadziwszy się, napełniają powietrze zabijającą wonią potu, trunkowych wyziewów i gwarem, z którego czasem tylko liczba groszy lub złotych, czasem uderzenie dwu rąk na zgodę, czasem krzyk podziwienia słyszeć się daje. Niżej po obudwóch stronach potoku, gęsto kładkami przerzuconego, poustawiano budy drewniane, w których na stołach i deskach na poprzek poukładanych, żydowscy kupcy od Krakowa i Białej z bawełnianemi towarami, z dymkami, suknami i innym łokciowym towarem, Szlązacy z płótnami, obrusami i czynowatemi tkaninami, Węgrzy z bławatami, jedwabiami i olejkami, inni Żydowie z bakalią, z korzeniami i południowym owocem, cukiernicy z cukrami, arakami i przyprawną gorzałką, złotnicy z kielichami cerkiewnemi, pierścionkami, oprawami do karabel, szpinkami, czapnicy i kuśnierze z rogatywkami, bobrowemi czapkami dla księży a lisiemi dla ekonomów, z odnowami do futer i całemi baranami, rozciągnęli się długim podwójnym szeregiem, a mieszcząc pomiędzy sobą małe kramiki z nićmi, igłami, guzikami i innem błyszczącem rupieciem, ostatniego kresu wioski sięgają, na którym nad tymże samym potokiem, tylko w cokolwiek obszerniejszem miejscu, bieleje maleńki dwór pod lipami.
Pomiędzy te budy i sklepy, to w tę to w ową stronę się kręcąc, ciągną tłumy różnego ludu. Więc tutaj baby wieśne, zajadając z dwóch rąk raz chleba owsianego a raz pszennej bułki świeżo co kupionej, idą i stają przed rozmaitemi budami, bawiąc jaskrawością kolorów zadziwione swe oko, do szarych, zielonych i czarnych tylko przyzwyczajone. Dalej Słowak węgierski, w krótkiej po biodra a na czarno zatłuszczonej koszuli, w kapeluszu z szeroką kanią i piórkiem za przepaską, idzie brat za brat z naszemi chłopami i rozpowiada im dziwy o urodzajności swej ziemi, a lubo on innym a oni innym mawiają dialektem i nigdy się nie uczyli gramatyk, rozumieją się dobrze. Dalej opalony przy polnych robotach podstarości w krótkim szaraczkowym kubraku na żupan płócienny przywdzianym, w kapeluszu słomianym na głowie a w ręku z nahajką, owem odwiecznym berłem podstarościńskiej godności, wali krokiem szerokim trzymając paki sprawunków pod pachą, i szuka po swój zaczmielonej głowie, zali jeszcze czego nie zapomniał, przypomina sobie i obejrzawszy się, leci jeszcze po nowy sprawunek, bo wie dobrze, że przyjechawszy bez niego nie trudno by mu się było spotkać z garnkiem lub pięścią swojej magnifiki. Obok chłopi szachrują z Cyganami o twarzach miedzianych, a przedmiotem ich szachrajstwa zapewne żelazo, najkosztowniejsza i najłakomsza rzecz dla kmiecia i zagrodnika, o czem wiedzą Cyganie i dla tego prócz złodziejmi, wszyscy są kowalami.
Przed kramikiem chłop stoi, z Zachoczewia rodem lub z Balogroda, i trzymając nadkrojoną bułkę chleba pod pachą, igły wybiera u Żyda, a co Żyd się odwróci, to on prędko igłę wepchnie do chleba i nim wybrał trzy igły, to z piętnaście ich ukradł; obok stoi baba w granatowym inderaku i butach czerwonych i śmieje się do rozpuku. Dalej kupa chłopów bije się po nad wodą, jak zwyczajnie z Rusinami Mazury, a co którego zbiją, to go rzucą do wody, aby się otrzeźwił i krew zatamował. Obok wziąwszy się pod pachy dwóch młodzieńców szlacheckich, pokręcają wąsików i poprawiają czapeczek, a rzucając pożądliwemi oczyma za wysmukłą mołodycą, śledzą się wzajem, jednak niby obojętnie przypatrując się bójce, mówią razem: Nie masz prażniku bez wyćwiku. Za nimi Żydy stoją i odbieżawszy handlu, ciekawie patrzą na tę sarabandę, ciesząc się z tego, że się krew katolicka leje bez nadziei odwetu lub bassarunku.
Siwy szlachcic zgarbiony, w popielatym kontuszu i białej rogatywce, sunie bokiem opierając się na trzcinie o gałce złoconej, a tuż przy nim ale w tył o pół kroku pleban ritus graeci, i mówi coś do szlachcica z uszanowaniem, bo za nimi pachołek garbi się pod lamami i jedwabiami, które szlachcic zakupił na ornaty do zakrystyi cerkiewnej jako votum, które uczynił w czasie swej niedawnej choroby. Aliści niebawem zastępują szlachcicowi drogę dwie asińdźki po szlachecku ubrane, jedna z nich jest to klucznica, druga panna służebna jejmości; obie kłaniają się jegomości do kolan i proszą pokornie, aby był łaskaw zasilić ich pieniędzmi, bo się wyekspensowały a jeszcze mają sprawunki. Jegomość krzywi się na to, wymyślając: asińdźki się dajecie okpiewać, asińdźki się nie targujecie, wszakże w domu już dałem wam cztery dukaty, —ale nakoniec staje i podczas kiedy asińdźki się skarżą na niepraktykowaną drożyznę, dobywa z hajdawerów skórzanej kaletki i daje jeszcze dwa złote czerwone. Jegomość obraca się i idzie dalej a asińdźki oglądając się za nim i misternie się uśmiechając, biegą po nowe wstążeczki.
Na pniu powalonym i jednym końcem maczającym się w bystrym potoku, w lisiej czapce, choć w lecie, i w szaraczkowym kubraku siedzi leśniczy, a pobereżnik stoi przy nim i trzyma pęk lisich i zajęczych skórek, które dwaj żydkowie, stojący przy nim oglądają, przyganiają im to włos krótki, to barwę niepiękną, to plisze, jednak godzą, kupują i rachując pieniądze na dłoń myśliwego, rzetelnie płacą.
Dalej Cygan z niedźwiedziem, na łańcuchu trzymanym i na dwóch łapach idącym, posuwa się pomału przygrywając piskliwym głosem na popękanej piszczałce, do której-to muzyki opalona i w brudne płachty owinięta Cyganka w takt wybija na małym bębenku. Hurma dzieci pyzatych biegnie za niedźwiedziem niecierpliwiąc się na tę chwilę, w której zacznie tańcować; mołodyce suną za cyganką z nieśmiałością i zdala, bo ona w interaktach komedyi przecudowne rzeczy powiada, zgadując zarówno przeszłość rumieniącą twarze mołodyc, jako i przyszłość podnoszącą ich serca jakąś słodką nadzieją, Dalej jeszcze za niemi stoi dzierżawczyni dwóch wiosek z dwiema rumianemi córkami, a podczas kiedy córeczki zagapiają się za niedźwiedziem, mamunia im perswaduje: że nie przystoi córkom szlacheckim oglądać się za tak pospolitą komedyą, wyprawianą przez dzikie bestyje i Cygany.
Pomiędzy to wszystko snuje się lud różnych ubiorów i różnego rodzaju; snują się także jeszcze olejkarze węgierscy z drewnianemi pudłami na pasach skórzanych zawieszonemi na sobie, a napełnionemi różnej wielkości flaszeczkami, - snują się szarlatani dziwacznie poubierani i kazawszy swoim chłopcom ciągnąć za sobą wózek napakowany z czubem, z którego - to pakunku wyglądają rozmaite słoje, słoiki i jaszczyki, wywołują w głos dobroć i skuteczność swoich dryakwi i spirytusów na różne choroby i dolegliwości, - snują się także pielgrzymi, z miejsc dalekich powracający, pustelnicy z eremów swoich na miejsce odpustu przybyli, dziadowie i żebracy różnego wieku, którzy to idąc o kulach, to czołgając się po ziemi, to przysiadając na wynioślejszych miejscach, pokazują przechodzącym swoje członki opuchłe lub skaleczałe i wrzaskliwym jękiem starają się zwrócić na siebie ich uwagę. A podczas kiedy na górach po obu stronach wioski widać jakby rozsiane kupki spoczywających pod namiotami lub pod drzewami, i podczas gdy wąskiemi drożynami i ścieżkami z gór się spuszczającemi, wysnuwają się jeszcze całe wstęgi nowo przybywających podróżnych: to nad doliną wznosi się gwar tak mocny i tak pomieszany, że słuchającemu go z oddalenia, musi przyjść na myśl dawna powieść o pomieszaniu języków w Babelu.
Kiedyśmy przeszli przez te wszystkie tłumy tam i napowrót, to jest od cerkwi aż do dworu pod lipami i nazad do cerkwi, a przeprowadzał mnie ojciec pomału, iżbym się wszystkiemu dobrze przypatrzył, przystanęliśmy trochę pod cerkwią, a ojciec spojrzawszy na zegarek, rzekł do mnie:
— Widziałeś już wszystko, chodźmyż się teraz - pomodlić.
To mówiąc poczęliśmy się dalej przeciskać przez tłumy, wspinając się szeroką lecz stromą drogą prowadzącą do cerkwi. Tam znowu przypatrywałem się ciekawie różnym mijającym nas ludziom, jednakże nagle muzyka jakaś doleciała nas z poza pleców; obejrzałem się i ujrzałem dziwnych dwóch ludzi, których postać, lubo nas prędko minęli, jednak tak dobrze pamiętam, jakbym ich wczoraj dopiero był widział.
Owoż jednym z nich był to szlachcic więcej jak mierny wzrostem, wtenczas około pięćdziesiąt lat w wieku, twarz miał bladą i jakby nabrzękłą, oczy błękitne, włos jasny, ale w brodzie, którą miał drugą do pasa, gęsto już siwe przebijały się włosy. Mąż ten miał na sobie kontusz jasno orzechowego koloru, pod nim żupan karmazynowy i z resztą wszystko jak inni, tylko to była dziwna, że po wierzchu kontusza, na czarnej wstążce zawieszony na szyi niósł dosyć duży krzyżyk z kości słoniowej, który trzymał w rękach, a przy boku miasto szabli lub karabeli, miał miecz prosty, szeroki na trzy palce i tak długi, że podczas gdy koniec jego sięgał prawie do ziemi, to rękojeść była powyżej pasa. Wszakże to była jeszcze dziwniejsza, że tuż za nim o jeden krok tylko szedł Kozak pięknie z ukraińska ubrany, z sełedcem na głowie i tak długiemi wąsami, że mu aż na piersi spadały; który mając na szerokim rzemiennym pasie przez plecy zawieszony teorban, szedł i grał na nim. I tak pan szedł pomału naprzód, Kozak grający za nim, i obadwa nie oglądając się na nic ni na nikogo, przeszli koło nas i zniknęli gdzieś w tłumie.
Widząc to, rzekłem do ojca:
-Ojcze mój, jaki to mąż jest ten, który z muzyką chodzi po odpuście?
-Ten mąż jest szalony; — odpowiedział mi ojciec.
-Czemuż szalony?— pytałem znowu, — wżdy on nie czyni żadnego szaleństwa. — A ojciec na to:
-Pan Bóg mu dał takie szaleństwo, że nic ludziom nie szkodzi.
Ale żem to już był ciekawy wszystkiego, pytałem dalej:
-Jakżeż on się nazywa i za co oszalał?
-Ba,—rzeknie ojciec, — Waść by zaraz chciał wszystko wiedzieć. Ja bo sam nie wiele wiem o nim, bo nie dawno przybył w te strony i z nikim nie żyje. Słyszałem tylko, że się zwie Kitajgrodzki, pieczętuje się herbem Grzymała, był niegdyś żołnierzem, sługiwał wiele po wojnach, był potem rotmistrzem, potem starostą niegrodowym a potem oszalał. Ubiegłej zimy, jak powiadają, dlatego, aby spokojne znaleźć w górach schronienie, przyjechał do Pana Tomasza Giebułtowskiego, sędziego ziemskiego przemyskiego, od niego wieś Tyskowę zakupił i tam samotnie siedzi.
-A wżdy to ta Tyskowa, przez którą my tu jechali?
-Ta sama, —rzekł ojciec, — jak zechcesz, to do niego wstąpimy, ale teraz chodź do kościoła.
Głęboko zamyślony o onym szlachcicu, który i miecz tak olbrzymi nosi przy boku i grać sobie wciąż każe Kozakowi, rad nie rad iść musiałem za ojcem.
Na dziedzińcu cerkiewnym znowu inne zajęły mnie rzeczy. A to najpierw ów wielki tłum ludzi, jednych wchodzących na nabożeństwo a drugich już wychodzących, dalej innych pełzających na kolanach na około kościoła, innych leżących krzyżem na środku drogi i proszących jęczącym głosem, iżby po nich deptano. Pod staremi drzewami, otaczającemi dom Boży, o kilka kroków jeden od drugiego, siedzieli księża spowiednicy i mając każdy przed sobą stoliczek drewniany, na który odchodzący od spowiedzi po groszu rzucali, w jednej ręce trzymając stułę i zasłaniając nią usta spowiadających się, drugą ręką naciskających się odganiali.
W końcu dziedzińca cokolwiek większy tłum ludzi ścisnął się mocniej i stanął kołem. W tem kole leżał człowiek na ziemi i jęcząc przeraźliwie wił się na różne sposoby; nad nim stał kapłan świecki czy zakonnik jakiś z kropidłem, kropił co chwila leżącego na ziemi i wymawiał przytem jakieś niezrozumiane słowa. Im więcej ksiądz kropił, tem głośniej i niezrozumialej krzyczał i tem boleśniej wił się ów leżący na ziemi, a gdy mnie to zadziwiło i zapytałem: co-by to było? odpowiedział mnie ojciec: że leżący na ziemi jest to człowiek opętany od diabła, a kropiący ksiądz, egzorcysta.
Przed drzwiami cerkwi po obudwóch stronach stały dwa wielkie stoły, za któremi siedzieli dwaj wikaryuszowie i z pomocą kilku diaków czy innych sługusów, odbierali od naciskających się do nich pobożnych, różne na mszę świętą ofiary. Lud cisnął się do nich z taką gwałtownością, że się aż wywracali niektórzy i suknie darli na sobie, a który się docisnął, rzucał prędko co miał, czy kilka groszy, czy kawał płótna, czy chleba kilka bochenków, czy masła osełkę, co służalec odbierał, księdzu zaś powiadał swoje nazwisko i intencyą, co znowu ksiądz do rejestru zaciągał. Lubo to jeszcze wtenczas było blizko trzy godzin do południa, za każdym stołem wielkie już kupy leżały tych ofiar a spore skrzynki niemal już napełnione były pieniędzmi; do czego i my atrybując, przystąpiliśmy także do jednego z tych stołów i ofiarowaliśmy każdy z nas po dukacie na mszę świętą, powiadając: za pomordowane dusze na Ukrainie.
Tego pobożnego aktu dopełniwszy, szliśmy do cerkwi. Ale ścisk wchodzących i wychodzących był tak gęsty, a drzwi wchodowe tak wąskie, że ani podobieństwa nie było się choć do drzwi docisnąć. Rzucaliśmy się w tę stronę i w ową, i niby to przez uszanowanie wszędzie rum nam czyniono zrazu, ale ledwieśmy którędy dali krok lub dwa kroki, zawsze tak mocna fala uderzała z wewnątrz kościoła, żeśmy się cofać musieli aż na środek dziedzińca. Straciwszy tedy nadzieję wejścia i nie chcąc dalej sukien naszych narażać na poplamienie lub zdarcie a boków na obszturganie, odstąpiliśmy od kościoła a ojciec rzecze do mnie:
- Nie masz sposobu. Jest to jedno miejsce , gdzie tałałajstwo równem jest urodzonym, jakoż trzeba mu przyznać, że umie tej równości używać. Zmówmy pacierz choć na dziedzińcu, po pacierzu nawidźmy pana Strzeleckiego, a może z nim potem, jako mającym jurisdykcyą in loco, dociśniemy się choć na summę lub na kazanie.
I tak się stało. Przed obrazem Matki Najświętszej, wystawionym pod drzewem w dziedzińcu, uklęknąwszy, odmówiliśmy pacierz a ofiarowawszy serca nasze za oną krew niewinnie wylaną przez hajdamaków, szliśmy do dworu w gościnę.
Wieś Łopienka, lubo tak mała i nie intratna, podzieloną była onego czasu na dwie prawie równające się części , miała więc oczewiście dwa dwory. W jednym z nich na samym końcu wsi położonym i dla lip starych, które w jego dziedzińcu stały, nazywającym się pod Lipami, mieszkał imć pan Maciej Strzelecki, herbu Jastrzębiec, niegdy Wojski Sanocki, i natenczas jeszcze tego tytułu używający, ale dla słabości zdrowia i bardzo podeszłego wieku, od lat kilkunastu już urząd ów zdawszy na nowo obranego pana Antoniego Walawskiego, nie funkcyonujący. Pan Maciej Strzelecki onego czasu, o którym mowa, miał już lat blizko dziewięćdziesiąt a może i z górą, dawniej wiele sługiwał w wojsku, był namiestnikiem chorągwi pancernej, w której służył z jw. Hetmanem Stanisławem Rzewuskim, był potem posłem na onym sejmie Grodzieńskim w roku 1718, na którym ziemstwo odmówiło przyjęcia przysięgi Piotrkowskiemu, dla tego że był dysydent, był potem członkiem jakiejś komisyi w Toruniu, gdy tam w roku 1724 tamtejszego burmistrza i dziewięć innych osób, za krwawy tumult uczyniony w mieście, w skutek wyroku sejmu i sądów zadwornych na gardle skazano, i tak natyrawszy się dosyć po różnych służbach, nakoniec wrócił na swoją zagrodę, ożenił się z Krajewską, podczaszanką halicką , a gdy ta umarła, z Nowosielecką, sierotą po komorniku sanockim pozostałą , i z temi obydwiema żonami miał jedenastu synów i trzy córki. Za kogo te córki powychodziły, nie utrzymało mi się do dziś dnia w pamięci; synów atoli znałem sam prawie wszystkich, o nich mogę opowiedzieć tę na dzisiejsze czasy rzecz dziwną: że lubo ich ojciec nie miał tylko połowę górskiej wiosczyny, a tylko po Krajewskiej wziął był cokolwiek, po Nowosieleckiej zaś prócz inwentarzów i sprzętów nic zgoła, jednak wszystkich tych synów wychował tak pięknie i przyzwoicie, że nie mówię już między szlachtą sąsiedzką, ale nawet kiedy który z nich prezentował się na wielkich pokojach jw. wojewody wołyńskiego, albo w pałacu jw. Malickiego, kasztelana sanockiego w Uchercach, to pomiędzy rozumem i przyzwoitością synów bogatej szlachty z za Sanoka i dalej, a tymi chudymi pachołkami, wychowanymi na owsie, nikt najmniejszej nie znachodził różnicy; — chyba żeby to aż ważyć złoto u pasa, albo liczyć kamienie u rękojęści, na czem jednak nakoniec nikomu nie zależało. Starsi nawet z tych synów, ile że to jeszcze czasy były po temu i o pewny kawałek chleba nie tak trudno było w Rzeczypospolitej, dobrze sobie poczynali i dobrze pokończyli: bo jeden z nich a to najstarszy był skarbnikiem gostyńskim i ożeniwszy się bogato , bo z panną Salomeą Koniecką, córką pana Józefa Konieckiego, Miecznika Łukowskiego, trzymał, dzierżawą klucz seredeński i był jednym z najzamożniejszych jw. wojewody dzierżawców; drugi był plenipotentem jw. Mniszcha w państwie dukielskiem i kupił sobie potem wieś koło Kalwaryi Pacławskiej; trzeci był marszałkiem na dworze jw. Potockiego, starosty halickiego; czwarty znowu gdzie indziej dobrego kawałka chleba się dochrapał; ale co siedmiu albo-li sześciu najmłodszych, których już znałem najlepiej, bo z nimi późniejszemi czasy niejednokrotnie służyłem , ci lubo szczęśliwie poczęli, jednak ze zmieniającą się dla nas fortuną, różnych już doznawali losów i rozproszywszy się wreście po różnych legionach, wszyscy wyginęli bez wieści : a ich prochy i kości gorący wichr gdzieś rozwiał po wyspach zamorskich.
Był atoli dwór drugi w samym środku tej wioski. Na tym dworze siedział także Strzelecki, także herbu Jastrzębiec, ale pokrewieństwo jego z tamtymi było takie, że ojciec jego nieboszczyk był panu Maciejowi stryjecznym. Temu zaś, który był młody i nie więcej jak trzydzieści lat w wieku, Michał było na imię. Pan Michał w stosunku do tamtych braci swoich był bardzo bogatym. Oprócz bowiem połowy Łopienki wieś Słochinia, pomiędzy Chyrowem a Felsztynem położona, należała do niego.
Dwór ten, w samym wsi środku stojący, był to domek niewielki, drewniany, otynkowany i obielony, gontem podbity, mocnym parkanem otoczony, bokiem obrócony do Onego potoku, który środkiem wsi płynął. Z jednej strony miał przed sobą dziedziniec, czysto żwirem wysypany i wielkimi okolony drzewami, z drugiej zaś mały warzywny ogródek, który końcem swym opierał się aż o sąsiednią chałupę.

12 komentarzy:

  1. Zawsze wstępujemy, kiedy tylko zdarza nam się przejeżdżać w pobliżu; takich odczuć, jak tu, nie uświadczam w nowowybudowanym kościele; a kiedy wyjdziemy ścieżką ponad las, widzimy ślady dawnych pól, zarysy miedz, a niżej ruiny podwalin domów, zabudowań gospodarczych, stare jabłonie czy dawne trakty; szkoda mi takich miejsc, dawniej tętniących życiem, a może są potrzebne dla potomnych ku przestrodze, co potrafi zrobić nienawiść między ludźmi; tylko czy wielu zaduma się tu, i czy w ogóle zauważy, o co w tym wszystkim chodzi; święte miejsce, teraz jakby tłumniej oblegane, nawet ktoś nas przywitał i pożegnał, jakby gospodarz; chciałabym jeszcze do odbudowanej kapliczki na przełęczy Hyrcza dotrzeć; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kustoszem Łopienki od ponad 20 lat jest Pan Zbigniew Kaszuba, który obecnie sprawuje opiekę w imieniu Towarzystwa Karpackiego. Bardzo sympatyczny człowiek. Co do wymowy tego miejsca to raczej Kohelet mi się nasuwa:
      9 To, co było, jest tym, co będzie,
      a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie:
      więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem.
      10 Jeśli jest coś, o czym by się rzekło:
      «Patrz, to coś nowego» -
      to już to było w czasach,
      które były przed nami.
      11 Nie ma pamięci o tych, co dawniej żyli,
      ani też o tych, co będą kiedyś żyli,
      nie będzie wspomnienia u tych, co będą potem.

      Usuń
  2. Kaczkowski już - niestety - całkiem w niebyt odszedł ale takie perły jak ta "odpustowa" bronią się wyśmienicie do dnia dzisiejszego i w konkury iść mogą z największą nawet literaturą. Delektując się odpustem w Łopience nieustannie jawiły mi się przed oczyma sceny z "Jarmarku w Soroczyńcach". Styl gogolowski trochę inny, wartki, prędki, dynamiczny ale przecież obydwaj pisarze obrazują ten sam fenomen, który, podobnie jak sława Kaczkowskiego, także już odszedł w mrok niebytu. Rolę jarmarków i odpustów przejęły supermarkety i galerie handlowe ( nazwa "galerie" w tym kontekscie jest sponiewieraniem prawdziwej sztuki), gdzie tłumy ludzi w niedziele i święta szukają jakiegoś ersatzu autentycznych przeżyć - takich jak opisane przez wielkiego pisarza ukraińskiego i mniej znanego polskiego, który - chyba możemy to śmiało stwierdzić - w opisie odpustu bieszczadzkiego wzniósł się na sam szczyt literackiego Parnasu.

    Poniżej fragment "Jarmarku w Soroczyńcach":


    "Zapewne zdarzało wam się słyszeć łoskot odległego wodospadu, gdy
    zaniepokojona okolica pełna jest zgiełku, a chaos dziwnych, niewyraźnych
    dźwięków pędzi przed wami jak wicher. Czy nie podobne, nieprawdaż, uczucia
    w mgnieniu oka ogarniają was w wichrze wiejskiego jarmarku, gdy cały tłum
    zrasta się w jeden ogromny dziwotwór, porusza całym swym cielskiem po
    placu i ciasnych ulicach, wrzeszczy, śmieje się, grzmi. Zgiełk, połajanki,
    ryk, rżenie, bek — wszystko zlewa się w jeden bezładny gwar. Woły, worki,
    siano, Cyganie, garnki, baby, pierniki, czapki —
    wszystko jaskrawe, pstrokate, splątane; wszystko miota się i snuje przed
    oczyma. Różnobrzmiące głosy zatapiają się wzajemnie i ani jedno słowo nie
    zdoła się wydzielić, uratować z tego potopu; ani jeden okrzyk nie dochodzi
    wyraźnie. Ze wszystkich stron jarmarku słychać tylko, jak ludziska
    uderzają się w ręce dobijając targu. Łamie się wóz, zgrzyta żelazo, grzmią
    rzucane na ziemię deski, aż w głowie powstaje zamęt i nie wiadomo, gdzie
    się obrócić. Nasz przyjezdny chłop z czarnobrewą córką dawno już obijał
    się wśród ciżby, podchodził do jednego wozu, macał drugi, pytał o ceny; a
    tymczasem jego myśli krążyły bezustannie wokół starej kobyły i dziesięciu
    worków pszenicy, które przywiózł na sprzedaż! Z twarzy jego córki widać
    było, że nie bardzo jej przyjemnie ocierać się o wozy z mąką i pszenicą.
    Rada by pójść tam, gdzie pod płóciennymi daszkami kramów strojnie
    rozwieszono czerwone wstążki, kolczyki, cynowe i miedziane krzyżyki,
    cekiny. Jednak i tu także miała sporo ciekawych rzeczy do oglądania:
    ogromnie śmieszyło ją, jak Cygan i chłop uderzają się po rękach tak
    siarczyście, że aż wykrzykują z bólu; jak pijany Żyd daje babie kisielu,
    jak kłócące się przekupki obrzucają się wyzwiskami i rakami; jak Moskal
    jedną ręką gładzi swoją koźlą brodę, a drugą... Wtem poczuła, że ktoś ją
    pociągnął za wyszywany rękaw koszuli. Obejrzała się — stał przed nią
    parobczak w białej świtce, z ognistymi oczami. Każda żyłka zadrżała w
    niej, a serce zabiło tak, jak nigdy jeszcze przy żadnej radości, przy
    żadnym strapieniu: było jej i dziwnie, i słodko, i sama nie wiedziała, co
    się z nią dzieje.
    — Nie bój się, nie bój, serdeńko! — mówił do niej półgłosem, ująwszy jej
    dłoń — nic złego ci nie powiem!
    „Może to i prawda, że mi nie powiesz nic złego — pomyślała śliczna
    dziewczyna — ale jakoś mi dziwnie... to nieczysta siła! Sama wiem przecie,
    że to się nie godzi... a nie mam sił wyrwać mu ręki.”
    Chłop obejrzał się i chciał coś powiedzieć córce, lecz nagle z boku dało
    się słyszeć słowo: pszenica. To magiczne słowo kazało mu natychmiast
    przyłączyć się do dwóch głośno rozprawiających negocjantów, po czym, jak
    przykuty, nie mógł już oderwać od nich uwagi. Oto co mówili kupcy o
    pszenicy"


    Artur Ziaja



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przed Sienkiewiczem Kaczkowski był najbardziej poczytnym polskim powieściopisarzem historycznym. Pióro świetne szkoda, że agenturalna plama na życiorysie.

      Usuń
    2. "Przed Sienkiewiczem Kaczkowski był najbardziej poczytnym polskim powieściopisarzem historycznym. Pióro świetne szkoda, że agenturalna plama na życiorysie".
      Ale owa plama nie powinna rzutować na ocenę całego życiorysu. Ludzie zazwyczaj nie są jednoznacznie źli lub dobrzy. W każdym z nas jest trochę z diabła i anioła. I bardzo wiele zależy od okoliczności - które wyzwalają i katalizują takie lub inne postawy. W przypadku zaś literatów kwestia ta nabiera szczególnej ostrości. Stanowczo bowiem należy rozdzielać biografię od spuścizny. Bo piękna biografia wcale nie przesądza o wartościowej twórczości - i vice versa. Gdyby przyjąć inne kryteria należałoby do lamusa odesłać twórczość Hamsuna, Kuśniewicza (wielka proza galicyjska) czy Odojewskiego. A przecież bez względu na to jak bardzo potępimy ich zdradę czy agenturalność - to co wyszło spod ich pióra pozostaje nadal ciekawe i wartościowe.



      Pozdrawiam,

      AZ

      Usuń
    3. Owszem zgadzam się z twierdzeniem, że prawdziwe dzieło staje się autonomiczne od twórcy.
      Z drugiej strony faktem jest, że jeśli autor swoim życiem niejako zaprzeczy ideałom kreowanym w książkach, to jest tak jak u Kochanowskiego
      Pytano kaznodzieje: "Czemu to, prałacie,
      Nie tak sami żywiecie, jako nauczacie?"
      (A miał doma kucharkę.) I rzecze: "Mój panie,
      Kazaniu się nie dziwuj, bo mam pięćset na nie;
      A nie wziąłbych tysiąca, mogę to rzec śmiele,
      Bych tak miał czynić, jako nauczam w kościele".
      Dlatego też nie dziwię się ludziom, którzy w stanie wojennym odnosili książki na próg mieszkania Dobraczyńskiego.
      Dla wielu osób piękne dzieła autora niejako implikują marmurową osobowość autora, który w swym prywatnym życiu może być przeciętnym człowieczyną. Pewnie, że to niesprawiedliwe i infantylne.
      Osobiście uważam, że różne są walory, dzięki którym dzieło możemy uznać za piękne, niezwykłe, genialne. Może to być język, walory poznawcze, nowatorskie podejście itd. Lecz jeśli książka ma charakter moralizatorski, dydaktyczny, etyczny itp. a autor okaże się szują, to jest to zwykłe oszustwo. Chyba, że autor wyraźnie zaznaczy w tytule, że napisał bajkę.

      Usuń
    4. "Lecz jeśli książka ma charakter moralizatorski, dydaktyczny, etyczny itp. a autor okaże się szują, to jest to zwykłe oszustwo".

      Wiele zależy od chronologii zdarzeń i postaw. Ludzie nie są ze spiżu. Mogą mieć piękne partie w swojej biografii ( wpasowujące się w treści dzieł, które wówczas tworzą) ale mogą także doświadczać okresów upadku, załamania, degrengolady. Trudno założyć, aby w takim przypadku kompleksowo odrzucać ich wcześniejsze ( czy późniejsze) utwory jako bezwartościowe. Warto też pamiętać, iż ludzkie charaktery łamią się niejednokrotnie pod wpływej ostrej presji, szantażu, prześladowań, itp. Te okoliczności także należy brać pod uwagę przy wystawianiu cenzury. Dzieła - jak Pan zauważa - często żyją autonomicznym życiem, niezależnym od twórcy. Habent sua fata libelli. Mnie takie historie jak ta przytoczona przez Pana z książkami Dobraczyńskiego trochę dziwią i napawają niesmakiem. Do palenia książek w tym wypadku jeszcze nie doszło ale to już było zdarzenie z tego samego rodzajowo zbioru. Istota sprawy sprowadza się do owego autonomicznego bytu dzieła. Bywa i tak, że intencje autora dzieła spalają na panewce, a osiągnięty ostateczny skutek jest dokładnie odwrotny od zamierzonego. Tak można powiedzieć o "Kolumbach" Bratnego czy też "Hubalu" Poręby. I pisarz i reżyser to twórcy obecnie jakby wyklęci. A przecież tych akurat dzieł chyba nie należy wyklinać?

      Pozdrawiam,

      Artur Ziaja

      Usuń
    5. Jestem naocznym świadkiem
      lotu chmur i ptaków,
      słyszę, jak trawa rośnie
      i umiem ją nazwać,
      odczytałam miliony
      drukowancyh znaków,
      wodziłam teleskopem
      po dziwacznych gwiazdach,

      tylko nikt mnie dotychczas
      nie wzywał na pomoc
      i jeśli pożaluję
      liścia, sukni, wiersza -
      Tyle wiemy o sobie,
      ile nas sprawdzono.
      Mówię to wam
      ze swego nieznanego serca

      Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej. Wisława Szymborska

      Usuń
    6. A autorka tego znamienitego - skądinąd - utworu kapitalnie wpasowuje się w debatowany problem. "Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono". Fragment poniżej pochodzi z życiorysu poetki w wikipedii:


      "Najważniejszym zarzutem stawianym Szymborskiej jest jej postawa we wczesnym okresie PRL-u. W okresie stalinizmu zaliczana do Pryszczatych, grupy młodych pisarzy przełomu lat 40. i 50., entuzjastycznych propagatorów realizmu socjalistycznego, którzy za główne zadanie literatury przyjmowali wspieranie aparatu władzy w narzucaniu polskiemu społeczeństwu ustroju komunistycznego.
      W lutym 1953 wraz innymi 52 osobistościami świata kultury podpisała tzw. Rezolucję Związku Literatów Polskich w Krakowie w sprawie procesu krakowskiego. Akcja zbierania podpisów pod rezolucją była elementem walki władzy komunistycznej z Kościołem Katolickim. W sfingowanym, pokazowym procesie grupa księży kurii krakowskiej została fałszywie oskarżona o działalność na rzecz Stanów Zjednoczonych. Zapadłe po procesie surowe wyroki, włącznie z trzykrotną karą śmierci, miały zademonstrować determinację władzy ludowej w zwalczaniu Kościoła katolickiego w Polsce i sparaliżować działalność wszelkich niezależnych wobec niej struktur. W okresie socrealizmu Szymborska tworzyła poezję wychwalającą nowy ustrój komunistyczny (wiersze „Robotnik nasz mówi o imperialistach”, „Wstępującemu do Partii”, „Na powitanie budowy socjalistycznego miasta”), a także utwory ku czci Lenina, Stalina czy Bieruta. Np. w jednym z wierszy z tomiku „Dlatego żyjemy” Lenin został przez nią nazwany „nowego człowieczeństwa Adamem”.

      Artur Ziaja

      Usuń
    7. Ano właśnie - nieprzypadkowo Ją właśnie przywołałem tym właśnie wierszem kilk

      Usuń
  3. "Amu-Daria kapryśna rzeka.
    Wrócisz, rzeko, na dawne łożysko.
    Pięciolatka dla szczęścia człowieka.
    Człowiek w szczęście obróci wszystko.

    Wielka tama bieg twój odmieni.
    Na urodzaj pustynnej Turkmenii.
    Na urodzaj pszeniczny i leśny.
    Na ogrody w bujnej zieleni.
    Na melodie nowych, nowych pieśni.

    Na nadzieje w idące lata
    wszystkim innym Saharom świata".

    Kliknąłem na podany "klik" i trafiłem na wiersz, którego fragment powyżej zamieszczam.
    W kontekscie katastrofy ekologicznej Jeziora Aralskiego i całego obszaru Aralu - wygenerowanej poprzez budowę kanału kara - kumskiego, do którego wprowadzono wody Amur Darii - przytoczony fragment jawi się niczym tragifarsa. I śmieszno i straszno.

    Artur Ziaja

    OdpowiedzUsuń
  4. Na przykładzie tych dwóch utworów, dwóch polskich poetek opisujących dwie rzeki w ZSRR chciałem pokazać jak różnie można widzieć tę samą rzeczywistość. Forma wiersza Szymborskiej nienaganna - treść pisana chyba z przekonaniem (1952 rok). Czy faktycznie poetka nie widziała wówczas ciemnych stron komunizmu?

    OdpowiedzUsuń