Strony

piątek, 21 lutego 2014

Góra Michałek - uroczysko, cerkwisko, kościelnisko?

Z Domaradza jedziemy na południe, jak się jedzie do Starej Wsi i Brzozowa, po prawej ręce mając wciąż szeroką dolinę wiernej Stobnicy. Ale jeszcze przed Starą Wsią leży średniowieczna wieś Blizne. Zaraz na jej początku od wspaniałej asfaltówki odrywa się boczna droga w kierunku wschodnim; pojedziemy tą trasą po nie byle jakie emocje.
Minąwszy boczną drogę i rzuciwszy okiem w lewo, musi się je szeroko rozewrzeć — z podziwu. Na prześwietlonym tle nieba ciężko wznosi się potężny ścięty stożek samotniczej góry, uwieńczony niezwykła, koroną — koroną z drzew. Majestatyczna góra, jak królowa między pomniejszym górskim ludem, narzuciła na swoja, postać wspaniały płaszcz z bujnych młodych drzewin, ale jakoś dziwnie niedbale: gęsto wdzięczą się duże płaty nagusieńkiego ciała jasnozielonego. Na ten widok ogarnia nagle gorączkowa niecierpliwość; stanąć, wspiąć się tam pod tę drzewną koronę, skąd musi roztaczać się kapitalny widok. Ale nie, człowieka musi jednak obowiązywać wstrzemięźliwość, tę rozkosz pozostawmy sobie na później.
Nagle na naszej drodze zapora: trafiamy na wyniosłość, jakby na ogromny paluch potężnej stopy góry ze ściętym szczytem, który sięgnął daleko w dolinę Stobnicy. Trudno, trzeba wskoczyć na wierzch palucha, nie ma innej rady. Ale rzuciwszy okiem na prawo, w głąb doliny, jak daleko sięga królewski paluch, wyławiamy liliowe płaty gontowych dachów, przeświecających spomiędzy konarów kłębiastej kępy drzew. Jakby na paznokciu palca usiadł drewniany kościół z izbicową wieżą. No, tego nie można minąć, musimy się zatrzymać. Mamy bowiem przed sobą niejako fragment zasobnego skansenu drewnianych kościołów, w tych stronach jakimś cudem zachowanego. 
Tylko co zostawiliśmy XVI-wieczny zabytek w Domaradzu, wiemy, że XV-wieczny jest w Golcowej, że trzeci wkrótce spotkamy w Jasienicy, jadąc tam nie dawno mijaną, drogą, a tu czwarty. Gdyby ktoś chciał zobaczyć piąy, mu siałby pojechać do niedalekiego Haczowa, do największego cudu. Zdaje się, że można by znaleźć szósty, a może i siódmy. Czy nie bajeczna kraina? Dla przyzwoitości zajmiemy się jednak trochę samym Bliznem. Otóż Kazimierz Wielki dokumentem wydanym w Sanoku 25 IV 1366 roku nadaje Falkowi z Krosna las Blizne i zezwala na założenie wsi na prawie magdeburskim. Ale już 9 XII 1402 roku Ścibor, starosta sanocki i najwyższy sędzia szlachecki, zaświadcza, że Laczko Wołoch (Walachus) sprzedał swą wieś Blizne (Blysne) Maciejowi biskupowi przemyskiemu za 100 grzywien. Z powyższego widać, że wieś przejęła nazwę lasu jako swoją nazwę. Dalej — że między latami 1366 a 1402 Falk, niewątpliwie jako sołtys, sprzedał wieś Laczce. Który z nich zbudował sołtysie dworzyszcze na cypelku wchodzącym daleko w dolinę Stobnicy, nie wiadomo. Był to pewnego rodzaju gród, miejsce obronne, kiedy kościół, postawiony na nim w XV wieku, w roku 1624 niewątpliwie miejscowi chłopi obronili dzięki fortyfikacjom. Że przed kilkudziesięciu laty kościół nie został zburzony, to doprawdy cud. Gdzieś od roku 1967 konserwacja staruszka postępuje szybko naprzód.
Spod przemalówek wydobyto dawne kolory, złocenia oraz srebrzenia późnorenesansowych ołtarzy. Po zdjęciu ze ścian banalnego XIX-wiecznego malunku ukazały się przeurocze malowidła renesansowe i barokowe, pod którymi są jeszcze starsze, niewątpliwie gotyckie, jak w Haczowie. Na oczach pokolenia spod brzydkiej skorupy wylania się perła najwyższej ja kości. Wychodząc od kościoła, polnymi dróżkami i ścieżynami — skracając sobie drogę — pnąc się stale pod górę, można wejść na szczyt wzgórza z koroną, które przed chwilą podziwialiśmy. Ale jeszcze po drodze przychodzi na myśl, czy pierwotnie Blizne było nazwą nie lasu — ten wszędzie był jednakowy — lecz właśnie tak bardzo charakterystycznej góry dominującej nad okolicą.
I chyba tak.
Jak błądzić, to błądzić. Na górę pójdziemy nie najbliższą, ale właśnie najdalszą drogą, w dodatku już nam znaną. Tą, która zaprowadziła nas na Zamczysko w pobliżu Podgrodzia i Rynków. Na samo Zamczysko już nie będziemy się pięli, pójdziemy dalej drogą biegnącą po stoku zamkowego czy grodowego cypla w kierunku Rynków. Chociaż droga jest równa, to jednak stale pnie się w górę, łagodnie. Tymczasem dowiedziałem się, że wyniosłość na grzbiecie wzgórza między Zamczyskiem a Rynkami nazywa się Łysa Góra; wiadomo, znamienna nazwa.
Miejsce urocze — zaciekawiłem się w pewnej chwili, czy tą drogę szła kiedykolwiek zorganizowana wycieczka turystyczna — mało: przeurocze. Nad drogę niemal pionowo wznosi się ściana zamczyska, poniżej drogi głęboka i szeroka debrza, wąwóz wyrobiony przez wodę, która tędy z Łysej Góry spływała w ciągu tysiącleci. Paryja na dnie debrzy jest szeroka, płaska — zwyczajna łąka, bardzo soczysta. Tylko w jednym miejscu ściana wąwozu jest stroma, właściwie jest to naga skała. Kopią z niej jasny piaskowiec. U stóp kamieniołomu duże usypisko odłamków skalnych.
Po drugiej stronie debrzy widoczny jest ukoronowany kręgiem drzew szczyt królewskiej góry. Teraz oglądamy ją nie od południa, ale od wschodu.
Stąd też doskonale uwidacznia się ścięcie stożka wzgórza. Wśród koron drzew bieleją ściany smukłej, murowanej kaplicy. Właśnie ta góra i kaplica na niej są głównym celem naszej wędrówki. Idąc wciąż na północ, osiągamy wreszcie Łysą Górę, gdzie krzyżują się dróżki. Główna biegnie na Rynki i do Golcowej, ramiona zaś krzyżowych dróg: na wschód do Przysietnicy, a na południowy zachód, przez łagodne obniżenie terenu, jak przez siodło — na szczyt ukoronowanej góry. Znajomość tej drogi zniechęciła mnie. Natomiast formalnie coś pchało mnie do pójścia przez debrzę i paryję, przez łączkę, a potem już taterniczym sposobem na górę. Tę drogę ostatecznie wybrałem.
Lekko spłynąłem na soczystą łączkę. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu stał tu domek pustelnika opiekującego się cudownym źródełkiem, wypływającym spod góry. Jego woda wpada do strumyczka, który płynie wśród traw. Ludzie przychodzący po pomocną wodę na bóle głowy, chore oczy i w innych dolegliwościach — przynosili pustelnikowi żywność i grosze.
Ponad dolinką i rzeczką, stokiem góry biegnie droga do Golcowej. Przeciąwszy ją i pnąc się z trudem na przełaj po stoku — czułem się wówczas bardzo młodym człowiekiem — raz po raz spotykałem kogoś; to pracujących w polu, to pasących bydło. Byli przeważnie z Bud, małego przysiółka leżącego jeszcze niżej. Po kilku dłuższych i krótszych rozmowach-wywiadach byłem już w posiadaniu syntetycznej, chociaż wieloczłonowej legendy, która jak woalem okrywała naszą górę.
 — Panie! Ta góra była szybisto, teraz jest połoga — z najgłębszym przekonaniem mówiła staruszka. A znaczyło to, że pierwej góra była wyższa, teraz zaś jest niższa.
 Rzeczywiście, na górze wszystko zdawało się krzyczeć, że kiedyś było tu czynnych wiele rąk ludzkich. Niewątpliwie kopiasty szczyt został przez człowieka równo ścięty i uformowany na kształt regularnej elipsy. Sama po wierzchnia nie jest jednak idealnie płaska; są tu liczne zagłębienia, a nawet doły, płytsze i głębsze. Też dzieło człowieka. Tylko... co on tu wyczyniał? — A bo tu był klasztor i kościół, ale zakonnicy pokłócili się z proboszczem i oba zamknęli, a potem zburzyli — tłumaczyła mi staruszka. — A potem z tego kamienia zbudowali karczmę przy drodze na Piekielską Górę, ogromną karczmę. Ale raz przyszła burza, piorun uderzył w nią i spaliła się. A i tego pana, co klasztor zakupił i karczmę postawił, też spotkała wielka kara Boska — dodała przyciszonym głosem.
 Na marginesie — wyjaśnienie badacza. Karczmę postawiono w pobliżu powyżej opisanej „krzyżówki”, Piekielska Góra zaś to nic innego jak Łysa Góra. Czyli okazuje się, że to samo wzniesienie ma dwie nazwy; która starsza? Tu przypomnę rozmowę z golcowskim proboszczem o losie wykopanego posążka, niby bożka pogańskiego. Otóż rzekomy posąg znaleziono właśnie na karczmisku, gdzie chłopi dla poprawy drogi wydobywali kamień, pewnie z fundamentów. Jeszcze raz podkreślam, że opowiadanie to rejestruję z obowiązku kronikarskiego.
Ktoś inny w Budach mówił mi, że w kamieniołomie w pobliskim lesie — przechodziliśmy koło niego — i to podobno niedawno, robotnicy wykopali kamień ze śladem ludzkiej stopy. Przypuszczali, że może to być stopa królowej Jadwigi. Jeszcze ktoś inny zapewnił mnie, że na tym kamieniu były jakieś napisy. Ale robotnicy kamień połupali i ślad po nim zaginął.
 Wydarzenie czy tylko podanie bardzo znamienne; z czymś podobnym jeszcze się spotkamy. Co do tłumaczenia, że mogła to być stopa królowej Jadwigi — to echo nauki szkolnej. Jeszcze w czasach austriackich w czytankach polskich było opowiadanie, jak to królowa, oglądając budowany właśnie kościół Na Piasku w Krakowie, postawiła stopę na kamieniu obłożonym za prawą murarską. Kiedy zaprawa stężała, kamień z odciskiem stopy wmurowano w ścianę kościoła. I oto problem, czy owe dwa wykopaliska: posążka i kamienia ze śladem stopy, nie są tym samym, tylko w dwu wersjach? Pamiętam, pewnego razu byłem na górze wczesnym latem, w niedzielę.
Mało jest miejsc, które by dawały tyle wypoczynku, jak to. Po górze, po łące i krzakach plątało się sporo młodzieży, amatorów poziomek „prosto z krzaczka”.
W pobliżu kaplicy, na plateau od strony wsi czerniało jeszcze nieporosłe, świeże spalenisko, jakby po co tylko wygasłym ogromnym ognisku. Moje oburzenie, a zarazem zaciekawienie zaspokoili tutejsi. Otóż rokrocznie od niepamiętnych czasów na tej górze pali się sobótki, olbrzymie ognisko, aby je było widać ze wszystkich okolicznych gór, gdzie też płoną ognie sobótkowe. I chociaż różnorakiego drewna jest tutaj w bród, można go nazbierać na ziemi, suchego jak pieprz, to sobótkowe ognisko pali się gałązkami z modrzewi, rosnących naokoło kaplicy. Innymi nie wolno! Z kimkolwiek mówić w Bliznem o górze i kaplicy na niej tak wysoko postawionej, jak i o legendarnym klasztorze, wszyscy wiążą to miejsce z napadem Tatarów i cudownym ocaleniem ludzi, którzy tam się schronili.
 A stało się to za sprawą świętego Michała Archanioła. Tatarzy zostali w Bliznem pobici, jeńcy zaś uwolnieni. W podzięce ludzie zbudowali tutaj klasztor na cześć Michała Archanioła i tę górę nazwali jego imieniem, ale teraz nazywa się krótko: Michałek. Okazuje się, że wariantów tej legendy jest mnóstwo. Zwróćmy się tedy do kronikarza sprzed przeszło wieku. Według niego było tak (w streszczeniu): W roku 1624 na Polskę napadły liczne hordy tatarskie, zalały też Blizne, biorąc w jasyr dziesiątki młodych ludzi. Nie złamały jednak twardego chłopskiego ducha. Miejscowy chłop, Jan Lasko zebrawszy kupę towarzyszy, postanowił odbić współbraci. A Tatarzy nocowali we wsi. W karczmie urządzili szpital dla swoich rannych (widocznie uprzednio musiała być jakaś potyczka czy nawet bitwa).
Noc sprzyjała zamysłowi. Co więcej, zerwała się burza z wichrami i piorunami. W taki czas chłopi uderzyli na tatarski obóz. Nie wiadomo, jaki byłby wynik walki, może nieszczęśliwy dla chłopów; ale przyszła im niespodziewana pomoc. Walczący, jedni i drudzy, przy świetle błyskawic zobaczyli spływające z naszej góry zastępy uzbrojonych aniołów, którym przewodził sam Michał Archanioł. Ten widok rozpalił chłopów, do nieprzytomności prze raził Tatarów. Pierzchli sromotnie, zostawiając jeńców i rannych, sami buty i czapki gubiąc. Stąd i górę „Michałkiem” nazwano, i wodzowi aniołów nie wątpliwie z wdzięczności najpierw klasztor, a później kaplicę wystawiono.
A że owa pomoc miała miejsce w dniu 10 maja, rokrocznie w tym dniu na górze odprawia się nabożeństwo, na które schodzi się mnóstwo ludzi.
A drugie nabożeństwo odprawia się w dniu 29 września, w święto Archanioła.
Powyższe podanie jest pomieszane z legendą. Żeby dojść do prawdy, należałoby sięgnąć do źródeł. Ale gdzie? Powiadają: zwierzyna zwykle wychodzi na myśliwego. Ja, będąc w za sadzie też łowcą, powinienem być szczęściarzem — i rzeczywiście. Jak z nieba spadła mi do rąk publikacja traktująca szczegółowo o tym zagadnieniu. Na pisał ją Polak, wyszła drukiem w Rzymie, ale po francusku. Autor napisał tę rozprawę po wyczerpaniu wielkiej ilości tak źródeł, jak i przede wszystkim literatury. A oto streszczenie jednego z jego wywodów odnoszącego się bezpośrednio do naszego zagadnienia.
W roku 1624 w okresie oktawy Bożego Ciała runęła na Polskę wielka armia tatarska pod wodzą Kantymira Murzy. Tatarzy, uderzywszy na Blizne swoim zwyczajem, więc znienacka, schwytali 60 młodych osób. Następnie uderzyli na górę. Niestety, autor nie podaje jej pierwotnej nazwy; może nie znalazł, może uważał tę sprawę za mało ważną; nazywa ją więc „le mont de Blizne”. Tu najeźdźcy nie tylko że zostali odrzuceni, odparci, ale nawet pobici. Odebrano im też jeńców z wyjątkiem dwóch osób. Stało się to za sprawą św. Michała Archanioła, który uderzył na Tatarów na czele hufca aniołów w długich białych szatach. Wydarzył się więc wielki cud — tak podkreślają źródła wykorzystane przez autora.
Co się narzuca na podstawie powyższego, to że na szczycie góry były jednak jakieś urządzenia obronne i że dlatego ludność tam się schroniła.
Czyżby tam był gród? Może grodzisko? Raczej nie, gród był przecież po przeciwnej stronie jaru. Źródła wyraźnie mówią, że Tatarzy zostali odrzuceni, byli więc w natarciu; atakowali nie chłopi, ale właśnie Tatarzy. I tu widział bym analogię z Hyżnem, w powiecie rzeszowskim. Hyżneński kościół parafialny stał na górze, otoczony wałami i parkanami. Czyżby na miejscu grodu? Archeologowie nie są pewni, czy w Hyżnem rzeczywiście był gród. Co prawda Tatarzy nie zdobyli obronnego kościoła dzięki interwencji cudownego obrazu Matki Boskiej, ale faktycznie tatarskie ataki odparli chłopi, broniący się za wałami i parkanami. Tę obronę również uważano za cud. Wróćmy do Bliznego. Czy analogicznie do Hyżnego na górze — Buz- — nie było jakiejś ufortyfikowanej świątyni bądź kaplicy? Właśnie na miejscu pogańskiego kultu? Analogicznie zresztą, jak np. w takiej wsi Malawie. Hipoteza? Czy góra w Hyżnem, też stożkowa i samotna, nie była kiedyś miejscem kultu, i to obronnym? Tutaj w czasie odpustów również odbywały się wielkie kiermasze 
W Bliznem dopiero po cudownym zwycięstwie — według źródeł w roku 1625 — postawiono na górze drewnianą kaplicę pod wezwaniem Michała Archanioła. I ta została zniszczona w roku 1672. Niewątpliwie przez Tatarów, którzy w tym roku dotarli aż w pobliże Rzeszowa. Zburzoną kaplicę odbudowano w roku 1674, ale już większą, z grubych jodłowych bali. Równocześnie rośnie kult dla Michała Archanioła i miejsca, na którym dokonał się cud.
Naokoło kościoła urządzono cmentarz — a może już był wcześniej, niewątpliwie w walce z Tatarami musieli zginąć i chłopi — i wszystko otoczono parkanem.
W roku 1745 biskup przemyski, Wacław Sierakowski, stwierdziwszy w czasie wizytacji kościoła w Bliznem wielki kult dla Michała Archanioła, zezwala na odprawianie w kaplicy trzech mszy św. w roku: w okresie Wielkiejnocy, w okresie Zielonych Świąt (to dla naszego zagadnienia jest bardzo charaktery styczne) i wreszcie w dzień Michała Archanioła
Musiał Michałek słynąć szeroko, kiedy po roku 1750 kapucyni zgłaszają chęć osiedlenia się tu. Uzyskują zezwolenie i przywileje, rozpoczyna się budowa murowanego kościoła, do którego kamień węgielny przeniesiono z drewnianego kościółka. Ustanowiono szereg odpustów, w tym i na Zielone Święta 
Siła tradycji jest wielka. Wprowadzono, a raczej podtrzymano zwyczaj urządzania procesji. Ponieważ wciąż przybywają liczne rzesze wiernych, przeto buduje się dom pątniczy, niewątpliwie na noclegi. W roku 1788 następuje kasacja klasztoru i kościoła. Budynki zostają rozprzedane i zburzone, o tym już mówiliśmy 
Jednak kult trwa. W roku 1877 powstaje nowa kaplica, z kamienia i cegły. Niewątpliwie wówczas obsadzono ją wieńcem modrzewi. Zakończmy krótko. Michałek to niewątpliwie miejsce kultu przedchrześcijańskiego, pogańskiego. Po wprowadzeniu chrześcijaństwa w państwie Wiślan być może i tutaj postawiono cerkiew, co znalazło odbicie w legendach. Z czasem miejsce kultu pogańskiego zostało przez kościół zaadaptowane dla swych nabożeństw. Mamy w Polsce na to mnóstwo przykładów. 
źródło tekstu: Franciszek Kotula 1974 Po Rzeszowskim Podgórzu błądząc.
Więcej o Bilznem i jego historii na blogu Piotra Czerwińskiego - Blizne - historia, która trwa

14 komentarzy:

  1. Kościół w pobliskiej - i wspomnianej w tekście Kotuli - Jasienicy, to bardzo interesujący obiekt także ze względów na charakterystyczną architekturę. Stanowi on małe cacko dla miłośników architectura militaris, gdyż łączy w sobie - historycznie rzecz ujmując - funkcje i elementy świątyni oraz małej fortalicji, która odegrała istotną rolę w zwycięskim starciu z tatarskim czambułem miejscowych chłopów pod wodzą wójta Pyrza. Obok kościoła jest kopiec usypany ku Jego pamięci, gdzie w latach 30 - tych ubiegłego wieku miały miejsce wielkie ludowe wiece. Kościół jasienicki jest swoistym "żywym" dowodem na to, iż słowo to (kościół) etymologicznie pochodzi - poprzez język czeski - od łacińskiego castellum (zamek). Podpowiadam więc temat kolejnego "fotoreportażu".

    Artur Ziaja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Barokowy, dwuwieżowy kościół w Jasienicy jest faktycznie ciekawy, ale z tą fortalicją to chyba coś nie do końca. Wydarzenie z obroną kościoła przez chłopów pod dowództwem Michała Pyrza miało miejsce w Nowosielcach pod Przeworskiem. 29 czerwca 1936 we wsi odbyło się tam poświęcenie kopca Michała Pyrza, w którym uczestniczył Rydz-Śmigły http://www.youtube.com/watch?v=SSj7L6SYA1w
      Kotula w swojej książce porównuje w przypisach Jana Lasko z Bliznego właśnie do Michała Pyrza. Sugeruje też, że mógł to być potomek właściciela wsi Wołocha Laczko (Laszko).

      Usuń
  2. Po Michałku przez Jasienicę czas na Połom.
    Pozdrawiam
    Antek Płaj

    OdpowiedzUsuń
  3. Oczywiście. Nastąpiła pomyłka, za którą przepraszam. W moim pierwszym komentarzy chodziło o Nowosielce.

    Artur Ziaja

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo interesujące są te podania i legendy, bo u nas też jest Łysa Góra, i kamień z odciskiem stóp Matki Boskiej, nad dawnymi Berendowicami, a dojść tam można z Fredropola, tzw, Zjawlinije; pokazane przez Ciebie tereny są bardzo atrakcyjne, zobaczyłam to dopiero, jak jeździliśmy do brata, do Brzozowa, oczywiście bocznymi drogami; pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pamiętam Twoją wycieczkę na Zjawlinije. Brzozów, Blizne to moja częsta trasa, a Kotula to mój idol ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Super wpis i cudny blog,bardzo fajnie się czyta ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziękuję za promocję :). A jeśli chodzi o Połom, to też zapraszam: http://karpacko.blogspot.com/2012/04/poom-gora-pamieci.html

    OdpowiedzUsuń
  8. Żadna promocja. To wprost konieczne uszanowanie prawa pierwszeństwa :-) Posta z Połomu pamiętam - ładnie napisany. Połom - góra pamięci

    OdpowiedzUsuń